Na przekór

Wpisy

  • niedziela, 20 stycznia 2019
    • Cześć!

      Cześć! pamięci Pawła Adamowicza.


       

      To co się stało w Gdańsku 13 stycznia, w czasie finału i wysyłania światełka do Nieba, jest niewyobrażalnym nieszczęściem i tragedią tak dla nas jak i ludzi w ogóle!

      Zanim zaczął biegać wredny krasnolud, wtrącając swój nochal wszędzie, było chyba normalniej.

      Pamiętam, że kiedy na przykład ogłoszono w kraju stan wojenny, ludzie łączyli się w jedną wspólnotę i można było wprawdzie, nie znając dnia, ani godziny, żyć, otrzymując wsparcie od każdego, nawet czasem zupełnie obcego człowieka.

      Zima była mroźna i ostra, ale wszyscy kierowcy zatrzymywali się na przystankach, zabierając z nich obcych ludzi, by ich "podrzucić" do pracy.

      Wprawdzie w tym okrutnym czasie, w moim mieście komunikacja miejska działała bardzo sprawnie, ale stojąc na przystanku można było bardzo zmarznąć.

      Zastanawiam się, dlaczego potrafimy się jednoczyć w obliczu tragedii, katastrofy, stanów wyjątkowych, wojennych, zaborów. Wobec zagrożenia zewnętrznego, jesteśmy gotowi do walki i obrony ojczyzny a także samych siebie, swoich sąsiadów, rodziny czy nawet zupełnie obcych ale „naszych”.

      Dlaczego znajdujemy wokół przyjaznych ludzi tylko w czasie zagrożenia zdrowia i życia. Skąd biorą się wrogowie, którzy nie umieją przyznać racji tym, którzy ją mają.


      Nasza okrutna historia wychowała nas na ludzi śmiertelnie poważnych., którzy potrafią organizować sprawnie jedynie uroczyste pogrzeby.

      Spójrzmy - w niedzielę wieczorem nagle wszyscy przyzwoici ludzie zatrzymali się w szczerym odruchu serca, by oddać cześć zamordowanemu Prezydentowi. To niebywała tragedia, uroczystości pogrzebowe zorganizowane z wielką starannością. Całe zdarzenie mówi samo za siebie. Gdyby Paweł Adamowicz był rzeczywiście aferzystą i złodziejem, pragnącym za wszelką cenę "nachapać się" i "zapełnić koryto" czy społeczeństwo miasta stanęłoby przy jego trumnie, by pełnić wartę honorową? To przy trumnach bohaterów, ludzi wielkich, wspaniałomyślnych i dobrych, to przy trumnie zasłużonych i kochających, przy katafalku przyjaznych, szczodrych i serdecznych, to przy urnie Wielkich Autorytetów staje się na warcie, a wartowników było 45 tysięcy. Nikt im nie kazał, sami przyszli, potrzebowali bliskości drugiego człowieka, pewności, że są jeszcze przyzwoici, szlachetni ludzie, potrzebowali wziąć się za ręce i trwać przy urnie Swojego Prezydenta, którego jak się okazuje – wszyscy kochali.


      Pani sporo starsza od śp. Pawła Adamowicza mówi dziennikarzowi : „był dla mnie jak ojciec”.

      Jako mała dziewczynka słyszałam termin „ojcowie miasta” ale w swoim życiu nigdy nie spotkałam ich, w żadnym mieście, w którym mieszkałam, nie było żadnego ojca miasta. Tylko zwykli urzędnicy, przewodniczący rady miejskiej, a potem burmistrz, czy prezydent.

      A Pan Prezydent Paweł Adamowicz był ojcem zarówno dla swoich córeczek, jak i dla wielu mieszkańców, no i samego miasta, wspaniałego Gdańska, które, jak powiedziała Tunia, starsza córka, było jego trzecim dzieckiem...

      A trzecie dziecko, czasem już ostatnie dziecko w rodzinie kocha się bardzo, bywa ono beniaminkiem wszystkich dorosłych członków rodziny. Wiem o tym dobrze, wszak w naszej rodzinie to ja jestem tym trzecim, kochanym, zarówno przez Rodziców jak i Starsze Rodzeństwo, dzieckiem.

      Oboje, Miś i ja, bardzo chcieliśmy również pożegnać osobiście Pana Prezydenta, ale niestety do Gdańska jest bardzo daleko. Jednak w moim mieście również obywatele czuwali przy wielkim sercu, ułożonym z palących się świec i zniczy.

      Śledziliśmy wszystkie zdarzenia, które transmitowała telewizja, i kiedy przemawiali bliscy Pawła, jego żona, córka, współpracownicy, żałując tego co się stało, my płakaliśmy razem z nimi.


      Zło nie może czaić się wszędzie i niszczyć pojedyncze jednostki, całe rodziny, a tym samym społeczeństwo.

      Wielokrotnie byliśmy świadkami nieprzyjemnych zdarzeń, kiedy przyzwoity człowiek rozwierał ramiona i z uśmiechem wychodził naprzeciw idącemu w jego stronę, a ten, zamiast oddać uścisk, opluwał czekającego, i nie ma znaczenia, czy opluwał go w rzeczywistości, czy obrzucał jadem złośliwości, hejtem, nienawiścią.

      Dlaczego tak się zdarza bardzo często, że człowiek podły, mający bardzo wąskie horyzonty jest, a przynajmniej czuje się powołany do oceny wszystkich innych, zawsze taka ocena jest negatywna, a karzeł czuje się bezpieczny i pewny siebie.

      Mamy w swoim otoczeniu wielu takich karłów, to złe krasnoludy, trolle, jakieś gnomy, kaleczące innym psychikę, żywiące się własną podłością i własną złośliwością oraz bólem i nieszczęściem drugiego człowieka.

      Niedawno obserwowałam pewne zdarzenie, kiedy to do budynku w którym mieszkam przyszli Badacze Pisma Świętego. Był to akurat dzień, w którym mieli obowiązek wyjść do ludzi i dyskutować z nimi na tematy współczesne. Wyobraźcie sobie Państwo, budynek w którym jest kilkadziesiąt mieszkań, a wszystkie one połączone są domofonem, który ma pewną wadę, otóż dźwięk dzwonka nie jest wprawdzie nachalny, ale kiedy ktoś dzwoni np. do Iksińskich, ten dzwonek odbieramy wszyscy, tyle tylko, że w postronnych mieszkaniach ściszony sygnał dźwięczy, a w tym do którego się dzwoni jest wyraźny i głośny, więc nigdy się nie mylimy.

      Badacze mają za zadanie iść i ostrzegać przed końcem Świata, opowiadają o zagładzie, próbują ocalić Sprawiedliwych, by mogli przeżyć Armagedon.

      Oni, owi nosiciele własnych wierzeń, mają taki obowiązek, ale my nie musimy, czy nie chcemy ich słuchać, czy dyskutować z nimi. To zależy wyłącznie od nas.

      Ludzie ci, stojąc przed drzwiami do budynku, cierpliwie naciskali dzwonek domofonu, z nadzieją, że ktoś ich przyjmie, w celu przedyskutowania ważnych problemów, takich jak zagłada, czyli holokaust.

      A my, czyli Miś i ja, właśnie wychodziliśmy z domu.

      Natknęliśmy się na schodach na starszą kobietę, która wracała zadowolona do mieszkania. Uradowana, oto dokonała ważnego dzieła, mianowicie zeszła do drzwi, które chcieli przekroczyć wspomniani już Badacze, otworzyła je i nie wpuszczając nikogo, wręcz tarasując drzwi własnym ciałem, by nikt nie mógł wejść., naurągała przybyszom, strasząc ich różnymi konsekwencjami, z wezwaniem policji włącznie. Badacze Pisma, na których niektórzy mówią też „Świadkowie Jehowy” odeszli, a pani z dumą opowiadała nam o tym zdarzeniu, paplając głośno ze szczegółami, jak to przegoniła tych wstrętnych kociarzy.

      Ja jej na to powiedziałam, że my jesteśmy kociarzami, bo mamy „aż dwa koty”.

      Kobieta się zaśmiała i z kwaśną miną odeszła.

      Nie lubię tej kobiety, chociaż na początku darzyłam ją sympatią. Chodziła z fajnym foksterierem na spacery. Zawsze do pieska zagadywałam, a przy okazji zagadywałam też i właścicielkę. Pewnego dnia, wracały ze spaceru obie, bo foksterier okazał się dziewczynką, a ja skądś tam też szłam i spotkałyśmy się niedaleko domu.

      Zaczęłam „ćwierkać” do psiaczki, zdawała się być zadowoloną i radosną. Wówczas sąsiadka zagadała do mnie słowami : „jak ja jej nienawidzę, jak ja bym chciała, aby ta starucha już zdechła”.

      Zaprotestowałam :

      -„Jak pani może mówić tak? Przecież ona słyszy i rozumie. Rozumiem już dlaczego jest wciąż taka smutna”. A sama pomyślałam, że na początku myślałam, że to taka fajna starsza pani, a teraz się okazało jaka jest naprawdę. Piesia pożyła jeszcze kilka lat. Myślę, że jej rodzina z radością się jej pozbyła, że może tylko ja żałuję tej Pieski.

      Wracając do tej awantury przy wejściu, zastanawiam się, kto może, kto ma prawo lżyć drugiego człowieka, ubliżać mu, przepędzać od drzwi budynku, który do krzykacza wcale nie należy?

      OTÓŻ NIKT NIE MA PRAWA NIKOGO WYZYWAĆ, Z NIKOGO SZYDZIĆ, OBRAŻAĆ, UBLIŻAĆ A W KOŃCU ZAMORDOWAĆ !!!


       

      A ja zostałam z myślami nad tym czy wolno tak ubliżać ludziom za cokolwiek? Oni wszak spełniają obowiązki, czy przykazania swojego zgromadzenia, a my? Czyż nie powinniśmy być tak wobec nich, jak i wszystkich innych ludzi po prostu przyzwoici?

      Pracowałam kiedyś z Panią Janką, była to niezwykle przyzwoita, porządna, serdeczna i dobra kobieta. Należała do Zgromadzenia i wciąż namawiała mnie, bym przyszła do nich na zebranie, bowiem kiedy przyjdzie Armagedon, rozszaleją się wszystkie żywioły świata, źli ludzie zginą, pochłonie ich bezkresna otchłań i przepadną. A zostaną tylko Sprawiedliwi. Tylko oni wejdą do Królestwa Niebieskiego, a będzie ich tylko tysiąc.

      Dodawała, że szkoda mnie, bym przepadła w Zagładzie, bo ona cały czas widzi, że jestem sprawiedliwa.

      Opowiadała mi też o zasadach postępowania, jak karze się tych, którzy nie przestrzegają zasad ich Zgromadzenia, o obowiązkach wiernych, których najważniejszym zajęciem jest wędrować po Świecie i głosić prawdę. Dodała też, że my nie musimy ich słuchać, możemy się nawet z nich śmiać, trudno. Jeśli oni nas nie przekonają, to będzie tylko dla nas strata.

      Tak więc nie wyśmiewajmy się z Badaczy i Świadków, albowiem są to ludzie głęboko przekonani o swej racji, o właściwej interpretacji Biblii. My nie musimy ich popierać, czy nawet ich słuchać, ale oni mają obowiązek głosić prawdę.

      Tak mi się nasunęło to dzisiaj, bo wkoło wiele jest zła.

      https://www.youtube.com/watch?v=LltMG1W_EKo

           W Polsce szaleje język nienawiści, już nikt się nie patyczkuje, wojna trwa...

      Każdy z nas ma swoją teorię dlaczego tak się stało, że można mocno oberwać za nic, po prostu dlatego, że spotkało się na swojej drodze kogoś ze złą historią i bez humoru.

      Najlepsze słowo na tę sytuację to bandyta. Ale czy wobec tego, co tutaj napisałam, mogę kogoś nazwać bandytą?

      http://viva.pl/ludzie/newsy/wykonanie-utworu-the-sound-of-silence-w-wersji-disturbed-w-gdansku-poruszylo-internautow-116740-r1/

             Wciąż szukam jeszcze powodów ataku na Prezydenta. Znalazłam mnóstwo wypowiedzi. Jedną z nich chcę się z Wami podzielić, bo wstrząsnęła mną. Przeczytajcie sami :

      Znalezione w sieci przez Monikę. Monika proponuje przeczytać uważnie bo uwagi tego internauty Jej zdaniem (a i moim także) są bardzo sensowne a cała ta sprawa śmierdzi na odległość;

      "Pracowałem w wojsku i później policji .Aby ugodzić kogoś jednocześnie narządy, przeponę , i w serce zadając pchnięcie trzeba być wyszkolonym albo mieć niebywałe szczęście . To jest półmetrowy odcinek do pokonania pod bardzo konkretnym i precyzyjnym kątem . 2 razy dłuższy niż typowe ostrze noża bojowego, 3 razy niż typowego kuchennego. Atakując w inny sposób pod żebro około 20 cm u praworęcznego atakującego . Broń użyta w ataku to nóż desantowy, używany przez komandosów. Jest to informacja podana przez policję. Ostrze miało około 15 cm długości. Trzeba ćwiczyć tygodniami żeby takim nożem zadać takie ciosy .

      Większość uderzeń w afekcie w jamę brzuszną zadaje się na wprost w okolice żołądka i lądują najdalej na krzyżu i miednicy. Nożownicy amatorzy często próbują zaatakować w serce przez żebra czy mostek.Człowiek się rusza, ofiara też. Są emocje, adrenalina. Spięcie mięśni. Brak doświadczenia.
      Zobaczcie jak wygląda corrida. Wprawieni matadorzy nie potrafią szpadą trafić tak byka który ma 2.5 krotnie większe organy przez czasem kilkadziesiąt minut

      Duża ilość osób przeżywa nawet 4-5 pchnięć. To zdarzenie było bardzo nietypowe. W taki sposób został ugodzony Jezus włócznią przez setnika z 10 letnią praktyką. Będąc nieruchomym. W mojej opinii wymaga to ponadprzeciętnej wiedzy z anatomii i technik walki.
      Ciosy w Gdańsku były 2. Jeden na wysokości pasa. Drugi już śmiertelny. Dokładnie w takiej kolejności jak uczą się komandosi. Jeden nisko a gdy człowiek spina przeponę i się pochyla z bólu skraca pewne odcinki wewnątrz ciała. Możliwe jest zadanie wtedy ciosu w serce nawet tak krótkim ostrzem.

      Dodajmy do tego jeszcze płaszcz zimowy i całą resztę ubrań.Spróbujcie przebić a co dopiero trafić w coś przez 3 warstwy materiału . Tutaj to nie był amator po prostu.

      Po tak silnym ataku facet jednak miał czas zdążyć wygłosić swój manifest . Znał procedury , harmonogram z wyprzedzeniem i był precyzyjny (miał plakietkę media , były fajerwerki zagłuszające i odciągające uwagę , ochrona nie stała na tyle blisko więc wiedział ile ma czasu na działania ) To też nietypowe. Jak na kogoś kto ponoć wchodził do banków ze straszakiem to wygląda zbyt profesjonalnie.


      Zmarły Prezydent nie miał wiele wspólnego z więziennictwem czy wymiarem sprawiedliwości . Stefan winił PO za tortury w więzieniu po czym tak chętnie tam wraca. I ze wszystkich polityków tej partii wybrał jego.W czasie gdy każdy może wygooglować, że Donald Tusk biega w pewnym miejscu z jednym ochroniarzem. Wszystko się kupy nie trzyma.


      Nie zachowało się też żadne wyraźne nagranie ze zdarzenia z widokiem na jego twarz twarzy.To dziwne że podczas finału, podczas odliczania i światełka nie było zbliżeń . Oglądaliśmy różne konkursy, mam talenty itd. Przecież zadanie operatora w takiej chwili to maksymalne uchwycenie ze wszystkich kamer.To był finał a jedyne konkretne nagranie było z komórki kogoś z tłumu. Reszta została upubliczniona dzisiaj i pocięta na urywki w wielu przypadkach. Na każdym, powtarzam, na każdym jego twarz jest zasłonięta przez dym z zimnych ogni albo nierozpoznawalna przez czerwoną poświatę z innych fajerwerków.

      Tęczowa Droga Pawła Adamowicza

      Możliwe nawet że prawdziwy Stefan cały czas siedzi i będzie siedział dalej za tego cudaka tutaj . Skoro w scenariuszu Kilera Piotr Wereśniak wpadł na to 20 lat temu to czemu nie tutaj. Jak wiadomo dzieją się rzeczy, które się pisarzom jeszcze nie śniły.

      Stefan to zrobił w taki sposób ,takimi środkami że mam niemal 100% pewność że jest osobą doświadczoną i dobrze przeszkoloną jak również miał dostęp do informacji do których zwykły Kowalski by nie miał. Użył noża o sztychu sztyletowym a nie typowym. Takie są typowe głownie dla zwiadu i rozpoznania.

      Jego motywy są wewnętrznie sprzeczne ale pozornie spójne a manifest wygłosił bez potknięć przejęzyczeń czy pośpiechu . . Znam statystyki jako były protokolant .
      Frustraci zaburzeni atakują wielokrotnie. Dają sobie upust. Odreagowują. Oni marzą o zemście latami. Bywa i nawet 30-50 pchnięć. Obsesja stoi na przeciwnym biegunie co narcyzm. Nie tłumaczą się. Oni po prostu działają. Ich celem jest ofiara, nie opinia ludzi, nie widownia. Nie przekonywanie kogoś że ofiara była zła .

      Taki Brejwik który zabijał aby swoje manifesty rozpowszechnić był wielokrotnie badany i jest osobą całkowicie poczytalną.
      Posiada pewne zaburzenia emocjonalne i empatii, ale nie posiada żadnych chorób psychicznych w znaczeniu klinicznym . Jak wielu mu podobnych. W tym i Stefan moim zdaniem.

      Oceniajmy po owocach. A efektem jest, że nie żyje Pan Adamowicz i odchodzi Jurek. Komu miało by na tym zależeć. Rabusiowi bankowemu?”.

      Ta wypowiedź wyjaśnia wiele spraw, jeśli to prawda, to PRZERAŻAJĄCA.

      Quba

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Cześć!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 stycznia 2019 18:24
  • poniedziałek, 29 października 2018
    • Bardzo ciekawa historia...

      Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
      - Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
      - Tak, panie profesorze.
      - Czyli wierzysz w Boga.
      - Oczywiście.
      - Czy Bóg jest dobry?
      - Naturalnie, że jest dobry.
      - A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
      - Tak.
      - A Ty - jesteś dobry czy zły?
      - Według Biblii jestem zły.
      Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
      - Ach tak, Biblia!
      A po chwili zastanowienia dodaje:
      - Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
      - Oczywiście, panie profesorze.
      - Więc jesteś dobry...!
      - Myślę, że nie można tego tak ująć.
      - Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
      Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
      - Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
      Student nadal milczy, więc profesor dodaje
      - Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
      Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
      - Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
      - No tak... jest dobry.
      - A czy szatan jest dobry?
      Bez chwili wahania student odpowiada
      - Nie.
      - A od kogo pochodzi szatan?
      Student aż drgnął:
      - Od Boga.
      - No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
      - Istnieje panie profesorze ...
      - Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
      - Prawda.
      - Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
      Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
      - A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
      Student drżącym głosem odpowiada
      - Występują.
      - A kto je stworzył?
      W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
      - Kto je stworzył?
      Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
      - Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
      - Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
      Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
      - Tak panie profesorze, wierzę.
      Starszy człowiek zwraca się do studenta:
      - W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
      - Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
      - Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
      - Nie panie profesorze..
      - A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
      - Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
      - I nadal w Niego wierzysz?
      - Tak.
      - Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
      - Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
      - Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
      Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
      - Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
      - Tak.
      - A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
      - Tak, synu, zimno również istnieje.
      - Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
      Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
      Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
      - Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
      W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
      - A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
      - Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
      - Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
      Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
      - Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
      - Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
      Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
      - Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
      - Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
      - twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że
      śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
      - Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
      - A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
      Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
      - Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
      W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
      - Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
      - Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
      Audytorium wybucha śmiechem.
      - Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
      W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
      - Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
      - A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
      Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
      - Oczywiście że istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
      obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
      Na to student odpowiada:
      - Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
      Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

      Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.

      A o jeziorze będzie jutro,bo  muszę je od nowa w głowie skomponować.

      Pozdrawiam Was.

      Quba

       

       
       
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bardzo ciekawa historia...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2018 12:06
  • sobota, 27 października 2018
  • piątek, 27 lipca 2018
    • Zezłościłam się

      Dzisiaj w którychś  z kolei wiadomościach pokazano "wspaniałe rękodzieło" z Japonii. Tam jakaś pani, zwana dalej artystką robi niecodzienne obrazy.

      Mianowicie wygląda to tak :

       

      Jak widzicie w ramki obrazu wprawia się główkę kota.

      Na szczęście komentarz do tego wyjaśniał, że owa kobieta wykonuje te ozdoby ze specjalnie filcowanej wełny, a ona potem dolepia wąsiki, "wstawia" oczka i szykuje całe dzieło do przekazania nabywcy.


      Moim zdaniem jest to durny pomysł i wielka podłość, podejrzewam, że na świecie jest wystarczająca ilość złych i głupich ludzi, którzy mogą zechcieć własnoręcznie zrobić sobie taki obrazek, a nie wiedząc jak się specjalnie za to zabrać, użyją żywego kota, którego pozbawią główki.


      Miałam kiedyś sąsiadkę, która miała  dwa koteczki, po śmierci pierwszego kazała  wyprawić jego skórkę, którą  wścieliła sobie do łóżka, a drugiego kazała wypchać i stał u niej na komodzie, w połowie zjedzony przez mole, szpetny, nieszczęsny koci trupek.

      Ta sąsiadka miała sporo od siebie młodszego męża, zapytałam jej, czy ona nie ma obaw, że ten ją każe po śmierci tak samo wypchać i postawi obok tego truchełka.

      Ale nie lękała się, bowiem tyle wiedziała, że on, w razie jej śmierci, będzie musiał ją pochować. Tak się jednak nie stało, bowiem, kiedy pani zmarła, jej mąż był tak zrozpaczony, że przez dwa tygodnie tułał się po melinach, gdzie nie tylko pił, ale też dawał się okradać i w końcu  została pochowana przez opiekę społeczną, a on nawet nie pokazał się na pogrzebie.

      Rozgadałam się na temat sąsiadki i jej smutnego kresu życia, ale zezłościłam się bardzo tą wiadomością z Japonii i naprawdę uważam, że takiego czegoś nie należy pokazywać, tak jak nie powinno się ilustrować wiadomości wizerunkiem np. pobitego psa, posiniaczonego człowieka, utopionego kota, podobne i takie wiadomości bowiem są uznawane przez niektórych ludzi za przyzwolenie na tego typu przestępstwa, nawet będą się upierali, że przecież utopionego kota to nawet w telewizji pokazali.

      Ludzie bowiem często nie rozumieją wiadomości, które oglądają, nie rozumieją komentarzy, często spędzając czas przed szklanym ekranem, przeinaczają zasadnicze treści, zresztą nie można się dziwić, skoro minister sprawiedliwości czytając wyrok sądu irlandzkiego na temat więźnia, którego nie można wydać Polsce, bowiem nasze sądy już nie są bezstronne, a on "biedny" pan minister sądził, że dotyczy to jakiegoś innego więźnia, co do którego miał pewność, że ów był sądzony w Polsce i z zadowoleniem sam minister przyjął komentarz, że należy z nim postępować zgodnie z procedurami, czyli odebrał tę wiadomość jako pochwałę naszych sądów.

      Boję się, że podobnie może się zdarzyć z wizerunkiem kota, a właściwie jego głowy, wprawionej w okrutne granice ram.

      Na osłodę mego wpisu mam fajne foteczki Milaczka :

      W moim mieście "szykuje się"  Kocia Kawiarnia.

      Dobranoc.

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Zezłościłam się”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2018 00:31
  • wtorek, 08 maja 2018
    • Spojrzałam wieczorem w niebo i zachwyt odebrał mi mowę...

      Niczym Poeta, gwiazd szukający...

      I były. Te bliskie, te oddalone i te całkiem dalekie, o miliony lat świetlnych daleko.


      Bezmiar materii, czarnych dziur, karłów, słońc, plazmy, magmy, wodoru, księżyców i tylko jedna nasza malutka Błękitna Planeta.

      Niewiarygodne, że mielibyśmy być sami tylko, my - Ziemianie, kogokolwiek by pod tą nazwą wpisać...


      W liceum mieliśmy astronomię, jeden rok tylko, w czwartej klasie. Bardzo zainteresowałam  się i wręcz z pasją czytałam wszystko, co tylko wpadło mi pod rękę. Nie, nie czytałam powieści fantastyczno-naukowych. Czytałam dobre pisma, prenumerowałam "Problemy".

      Patrzyłam w niebo.

      Perseidy

      Tego patrzenia nauczyła nas Mama, zawsze każdego sierpnia, nawet, kiedy nie chodziłam jeszcze do szkoły, nasza Droga, Kochana i bardzo mądra Mama, wyprowadzała w nocy na

      podwórko, byśmy w zupełnej ciemności mogły zobaczyć roje spadających, pięknych, trwających jak błysk chwil, sławnych od dawna, oglądanych od zawsze spadających gwiazd.


      Zwykle to działo się około 11 sierpnia i trwało przez kilka dni.

      Czasem nawet trzeba było ciepło się ubrać, bo już sierpień nie rozpieszczał ciepłymi nocami.

      Szłyśmy na to podwórko z ciekawością, mimo, że to zawsze były przecież wakacje, inne dzieci dawno spały w swoich łóżeczkach, przy swoich mamusiach, a my - przyszłe zdobywczynie świata i kosmosu, obserwowałyśmy te zmiany nieba.

      Najpierw Mama pokazywała Wielką i Małą Niedźwiedzicę, Gwiazdę Polarną, inne gwiazdozbiory, a my chwytałyśmy jej słowa i marzyłyśmy o wyprawach kosmicznych...


      Kiedy patrzę w nocy w niebo zachwyt graniczy z przerażeniem i jakimś niepokojem. Jak to jest, że w całym kosmosie dotąd nie możemy znaleźć sobie podobnych, którzy jak to sąsiedzi, mogliby troszkę się różnić, ale jednak stanowić podobne jak nasze społeczeństwo, którzy też wynaleźliby swoją pralkę automatyczną, swoje koło, swoje telefony komórkowe i długopisy...

      Ale patrzę w tę czerń rozświetloną pojedynczymi gwiazdami, konstelacjami, patrzę i wypatruję... Nikt nie pomacha do mnie swoją kosmiczną rączką, po prostu albo oni są za daleko, albo ich wcale tam nie ma.


      Nie potrafię pojąć, dlaczego w całym Wszechświecie a i poza nim, bo przecież jest podobno nieskończony - tylko my, Ziemianie, zostaliśmy powołani do istnienia i tak naprawdę nikt dokładnie n ie wie, kiedy to było.

      Niepojęte dla mnie.


      Historia ludzkości na dodatek zamyka się słowami : bitwy i wojny, człowiek jako taki jawi się być potworem, w każdym razie tylko o takich pamiętamy...

      Hej Kosmosie! Jesteś Wielki! Pasjonujesz mnie...


      Gdyby wziąć duży basen olimpijski, wypełnić go po brzegi piaskiem, to będzie tam kilkaset miliardów ziarenek piasku. Mniej więcej tyle gwiazd jest w naszej Drodze Mlecznej - mówił...

      Poświęcamy piękno kosmosu i naturalnego odbitego światła milionów gwiazd na rzecz sztucznego światła lamp i ekranów. Droga mleczna jest tylko jedną z ofiar.

      Wspaniałych widoków Wam życzę każdego wieczoru, a w ogóle to zawsze!

      Pozdrawiam

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Spojrzałam wieczorem w niebo i zachwyt odebrał mi mowę...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 maja 2018 13:46
  • czwartek, 03 maja 2018
    • Zaczął się maj

      Piękny maj, już dawno takiego czasu nie było, żeby dzień w dzień świeciło słońce i było cały dzień ciepło, a wiaterek upał czynił znośniejszym dla tych, którzy nie lubią upału, ja - uwielbiam.


      Dziś zapowiadał pan pogodynek piękną pogodę na cały miesiąc. To świetnie, bardzo mi się podoba taka obietnica.

      W roku mojej matury, pamiętam, że cały maj był przecudowny, a każdego dnia wieczorem padał rzęsisty deszcz i lało bez oszczędzania do 6 rano. Tak było przez cały miesiąc. A urodzaj był taki, że jeszcze w sierpniu były czereśnie ogromne, słodkie, zdrowe i wspaniałe. Może tego lata się

      powtórzy taki scenariusz? Chociaż nie, nie chcę, by padało po nocach, przecież wszędzie znów jest już pełno maleńkich kociąt. A szkoda, by zwierzątka mokły.

      OK! To stanęliśmy na tym, żeby, zgodnie z zapowiedzią maj był ciepły i przyjemny no i żeby nie padało.


      Ostatnie dni spędzamy w ogrodzie naszym, słoneczko zloci nasze twarze a i resztę człowieka odkrytą, gdzie tylko widać odrobinkę skóry - już opalona na ciemny brąz, mimo kremów, ale kremy ochronne swoją drogą, a do opalania też troszkę. Buzia nie za bardzo, żeby nie postarzyć sobie rysów, ale ramiona, trochę nogi chwyciło tak jak to właśnie ładnie wygląda. Nie za niebezpiecznie w każdym razie.

      Jeszcze nie wiemy na pewno co będziemy jutro robić, ale planujemy jakąś wycieczkę.  Jeśli nie będzie nam się chciało - to oczywiście mamy ogródek nasz ulubiony, wprawdzie chałupka wymaga remontu, ale sam ogród jest piękny, kolorowy i lśniący zielenią.

      To do jutra!

      A właściwie to za kilka godzin będzie dzień, bo teraz jest 4 rano.

      Miłego świętowania trzeciomajowego święta!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 maja 2018 04:21
  • czwartek, 05 kwietnia 2018
    • Już niedługo...

      Czy wiecie, że już niedługo wakacje?


      Sami popatrzcie, najpierw na drzewach pojawi się leciutka mgiełka zielona, a potem pojawią się pączki, które rozwiną się w prześliczne, świeżozielone listeczki, a potem wystrzeli wybujała, soczysta zieloność i to już będzie czerwiec wtedy...

      Czerwiec, jak sami wiecie, nie trwa zbyt długo, chociaż dzieciom w szkołach bardzo się wydłuża i ciągnie... prawie kwartał. Ale doczekują zwykle w zdrowiu i szczęściu łobuzerskim aż do początku wakacji, by potem jeździć kto może, zwiedzać i poznawać świat, a inni mają te wakacje, by pomóc rodzicom, zbierają jagody na sprzedaż, albo rozdają reklamy, pomagają w małych sklepach, a inni z kolei jeżdżą na rowerach, deskorolkach i hulajnogach, dziewczynki dawno już nie skaczą na skakankach, najwyżej grają w gumę, co nie tylko nie wysmukla ich w talii, tak, jak skakanka nam pomagała mieć piękną linię, ale wprost niszczy biodra, powodując deformacje. Ech, ja jednak wzdycham do skakanki.

      Lubię park, nasz z dzieciństwa, który był zwykłym skwerkiem, ale i nasz tutaj, blisko domu, który jest terenem naszych pierwszych wiosennych przejażdżek rowerowych.

      Szykujemy się powoli na "rowerowanie".

      Na razie klub jest "moim drugim domem", chociaż zmęczyłam się bardziej, niż poprzedniego dnia, ale winą za to obarczam spadek ciśnienia, dzisiaj się w ogóle zanosiło na burzę, nawet Milaczek biedulek, sobie nie może znaleźć mjejsca.

      Na razie dobranocka, a na jutro : miłego weekendu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2018 23:07
  • poniedziałek, 26 marca 2018
    • Wspaniały dzień!

      Dzisiaj wspólnie spędziliśmy cudowny dzień!

      Antoś i ja.


      Od 8 rano do niemal 22, ale było tak arcyfajnie, że nie chcieliśmy wychodzić przez cały wieczór.

      Graliśmy sobie w różne gry, bawiliśmy się klockami lego, różnymi rycerzami, potem pilnowaliśmy domu przed potworami, które wykluwały się z jaj w przedpokoju, były to potwory po wykluciu niemal tak duże jak dinozaury. Mieliśmy do czytania książeczki, pisemka, dużo wierszyków, układaliśmy różne puzzle i inne układanki, kolorowaliśmy obrazki, szukaliśmy wyjścia z labiryntu, a od czasu do czasu robiliśmy sobie pyszne jedzenie, które ze smakiem pochłanialiśmy, pełni zapału do dalszych zabaw.

      Zapowiedziałam Agnieszce, że o ile nie będę musiała iść do lekarza, albo będę bardzo chora, to zawsze, w pozostałe dni mogę zajmować się z ogromną radością i przyjemnością naszym kochanym Wnusiem, Antosiem.

      Antoś jest bardzo grzeczny, nie wrzeszczy, nie histeryzuje, jeżeli czegoś nie chce, to po prostu to mówi, nikt nie daje mu do jedzenia tego, czego Antoni nie lubi, więc gdy jest głodny, chętnie zjada każdy posiłek. Ma dużo ruchu, sam się o to stara, żeby jak najwięcej biegać, ruszać się, grać piłką, jeździć ninjowymi autami, samolotami, a to zawsze wymaga wzięcia pojazdu do rączki, a potem się biegnie, biegnie i biegnie, dopóki samochód, czy samolot nie dotrze do celu.

      Jednym słowem zmęczyliśmy się dzisiaj bardzo, ale na koniec usłyszałam od Antosia, że ma fajną babcię.

      Jestem przeszczęśliwa, naprawdę o wiele radośniej żyje się dla takiego Szkraba.

      Dobranoc.

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wspaniały dzień!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2018 23:49
  • środa, 21 marca 2018
  • czwartek, 01 lutego 2018
    • Styczeń poszedł

      i gdzieś przepadł. Teraz jest luty.

      Trzeba uważać na złą pogodę, dzisiaj deszczowo, ale mam nadzieję, że zginie i deszcz. Nie wiem, jak Wy, ale ja nadal nie lubię zimy, ale za to coraz bliżej wiosna. Już za niecałe dwa miesiące będzie.

      Oboje z Milaczkiem zażywamy spokoju, kiedy jest po temu czas, ale jednak coś tam do roboty się znajdzie. Bardzo miły koteczek, wręcz kochany, najmilszy, kiedy śpi między nami i trzyma się łapkami mego ramienia, wtedy jest taki słodziutki.

      Ale jestem pełna smutku, bowiem znowu zginął Himalaista. Nie znałam go, ale dowiedziałam się, że zostawił troje maleńkich dzieci i zrozpaczoną żonę.

      Tomasz Mackiewicz miał trudne życie, dodał sobie jeszcze wysiłku i przeżyć, związanych z himalaizmem.

      Nie mogę się w żaden sposób porównywać z tymi, którzy zdobywają szczyty Ziemi, ale w młodości dużo chodziłam po górach w Polsce. Mam właściwie wszystkie polskie góry zdobyte. To nic w porównaniu z himalaistami, ale ja wędrowałam po szlakach w dobrym towarzystwie i z przyjemnością. Cieszyło nas to wędrowanie, zdobywanie np. Orlej Perci,  był bardzo trudne, ale potem jaka radość. Jednak mojemu życiu nic nie zagrażało, byłam bezpieczna, rozważna i nie chodziłam w góry zimą. Ale ja nie potrzebowałam sobie niczego udowadniać.

      Wczoraj zobaczyłam film dokumentalny o Jerzym Kukuczce. Im było bardzo trudno. Nie mieli sponsorów, jak dziś. Musieli zdobywać duże kwoty w krótkim czasie, malowali więc wysokie kominy, za to firma, do której należały owe budowle, płaciła dużo pieniędzy. Rzecz jasna, za każdym razem komin był inny, tak samo jak firma.

      Manaslu - Góra Duchów

      Zdobywali w bardzo trudny sposób sprzęt i żywność, wszak był wówczas system kartkowy. Fragment filmu mówi o tym, jak "po znajomości" u kierowniczki jakiegoś sklepu robili zakupy na zapleczu, ładując w małego fiata co się da i ile się da, a przed sklepem stała kolejka ludzi, czekających na sprzedaż między innymi mięsa i wędlin - na kartki.

      Klienci zorientowali się, że jakiś "lewy" handel odbywa się wewnątrz i zrobili napad na to zaplecze, ale sportowcy wyładowanym maluchem - odjechali.

      Manaslu

      Na początku było łatwiej, bowiem himalaiści wysyłali ekwipunek i mnóstwo wyładowanych kontenerów - ciężarówkami. W każdym kontenerze mogli przemycić dużo towarów, za jednak kryształ mogli mieszkać a hotelu kilka dni, w Katmandu oczywiści te kryształy szły do ludności cywilnej, ale też i na łapówki. Powtarzam - jeden kryształ - jeden człowiek kilka dni mógł mieszkać w hotelu, a pobyt w hotelu kosztował wówczas, 500 dolarów.

      Nanga Parbat

      Mieszkańcy Nepalu witali ekipę z wielką radością, bowiem wiedzieli, że uda im się kupić to, czego nie ma w ich kraju. I ta się to toczyło. Wyprawa. Potem ok. półtora roku przygotowań, następna wyprawa.

      Potem już wszystko leciało samolotem, więc nie można było w taki sposób zdobywać pieniędzy.

      Żona chciała wraz z Jerzym wyjechać i dotrzeć tylko do bazy, była ciekawa jak tam jest, zobaczyć ten świat prawie oczami Boga, ale mąż zawsze jej mówił, że baby w górach rozpraszają, poza tym baba - do garów, a mąż w góry.

      Nanga Parbat - Nanga Parbat często jest nazywana "zabójczą górą" ze względu na ogromne ryzyko, jakie niesie ze sobą próba jej zdobycia

      Za każdym razem każda żona umierała ze strachu, przez wszystkie dni, aż do powrotu, bo zdarzało się tak, że człowiek szczyt zdobył, ale już nie zdążył zejść.

      Jeden z bohaterów filmu powiedział, że to prawda, iż leczą swoje kompleksy i słabości wspinając się tak wysoko w ekstremalnych warunkach.

      Ale jest to też bohaterstwo, bowiem każda ukończona wyprawa to wielki wyczyn.

      Na końcu reportażu, kiedy już było wiadomo, że Kukuczka zginął, zobaczyliśmy, jak mały Maciuś Kukuczka, może trzyletni, wspina się na biało nakrytą wersalkę, wchodzi na jej oparcie, a na siedzisku zostaje Miś, pozapinany odpowiednią uprzężą, którego chłopczyk wciąga na szczyt. Ta scena była bardzo wzruszająca. Wierzcie mi.

      Himalaiści, w większości sami wybrali sobie los i śmierć, bowiem za każdym razem było stuprocentowe ryzyko. Kobiety cierpły ze strachu, maleńkie dzieci tęskniły za tatą,  a tatę jakiś niewiadomy instynkt ciągnął na wyprawę.

      Potem słyszałam wypowiedzi żon, jakoś tak się działo, że pożegnanie przed ostatnią wyprawą w wielu przypadkach wyglądało podobnie, on jej obiecywał, że wróci, a wówczas ona uspokojona, myśląca o danym słowie, przestawała się bać i wtedy ginął.

      Może to Panu Bogu nie spodobała się ta pewność siebie i buta, przeświadczenie, jakaś arogancja wobec Najwyższego? A może Bóg uważał. że wystarczy już tej wspinaczki?

      Wierzyli w Boga, po wielekroć powtarzali, że idą spojrzeć na świat oczami Boga, więc może należało modlić się o szczęśliwy powrót, a nie składać obietnic ? A podobno modlili się "od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie".

      Tomasz Mackiewicz także obiecał żonie, że wróci.Wszedł na szczyt i zdobył go, towarzyszyła mu Francuzka, Eli Revol. Oboje mieli zamiar wrócić. Eli się udało, odleciała z niegościnnej góry śmigłowcem. Wyprawa, która planowała właśnie wspinaczkę na K2, została przerwana. Himalaiści poszli ratować kolegów, ale było za późno. Eli Revol pozostawiła Tomasza nieprzytomnego, zapewne z obrzękiem płuc, kto wie, może i mózgu. Nakryła śpiworem i podjęła drogę powrotną. Zdawała sobie sprawę, że jeśli zostanie, zginie tak samo jak on.

      Elizabet Revol i Tomasz Mackiewicz

      Nie mnie oceniać bohaterów, ani ich ganić, ani tym bardziej hejtować. Szkoda dzieci, szkoda  żony, to im góry tym razem zabrały ojca i męża.

      Nie tak dawno, bo w marcu 13 roku zmroziła nas wieść o śmierci Macieja Berbeki na Broad Pik, w Karakorum. Teraz ma grób, ( ale nie ma go tam, bowiem nie tylko nie zwieziono go, ale też i ciała nie znaleziono),  w Zakopanem ne Palenicy, razem z ojcem, Krzysztofem, którego miłością też były góry,  wprawdzie wrócił ze swej ostatniej wyprawy, ale zmarł na skutek urazów i odmrożeń, jakich doznał podczas wypadku 18 marca 1964 r., w czasie zejścia z Dent d’Hérens, a Maciej miał wówczas 10 lat, a jego młodszy brat, Jacek  3.

      Tego samego roku, co Maciej Berbeka tylko w lipcu, szczyt Gaszerbrum I w Karakorum zabrał  sobie Artura Hajzera. - Jako swego!, może wziął sobie prezent lub coś w rodzaju daniny. Te góry są naprawdę okrutne, jeden błąd może kosztować życie.

      Hasło wyprawy, która 29 grudnia 2017 poszła na K2 brzmiało ; " Na księżycu już ktoś był, na szczycie K2 zimą, jeszcze nikt." Krzysztof Wielicki kieruje wyprawą. Nie wiem, jak Wy, ale ja mocno trzymam kciuki.

      Na Księżycu ktoś już kiedyś był. Na szczycie K2 zimą jeszcze nikt. Takie słowa padły tuż przed wylotem polskiej ekipy na wyprawę, która może przejść do historii.
      To wszystko byli silni, mocni ludzie, którzy nie mogli siedzieć w domu, w kapciach, jak powiedział Kukuczka, w czasie, gdy trwają takie wspaniałe, ogromne góry i wabią himalaistów.Wypiętrzyły się takie ogromne góry, więc oni nie mogli i nie mogą po prostu prowadzić zwyczajnego życia. Za najbardziej zabójcze góry uchodzą K2 w Karakorum i Mount Everest i Nanga Parbat w Himalajach. Góra, która najprawdopodobniej zabrała życie Tomkowi Mackiewiczowi, ma już na koncie około 80 śmiertlenych ofiar.

      Z całego serca współczuję wszystkim żonom alpinistów, i tym, które straciły mężów i tym, których mężowie planują kolejną wyprawę, albo już są w tych ogromnych, groźnych górach.

      Mogę tylko oddać hołd i pomodlić się, co czynię.

      Żegnajcie, Wspaniali Himalaiści. Cześć Waszej Pamięci.

       Himalaje

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Styczeń poszedł”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 lutego 2018 16:18
  • wtorek, 23 stycznia 2018
    • Z chorobą nie wolno się przyjaźnić.

      Z chorobą nie wolno się przyjaźnić. Ona chce ze mną, a ja nie, za nic!!!

      Pamiętam, kiedy śp.Lucjan zachorował na raka, mówił, że musi się z nim oswoić i zaprzyjaźnić. Jakże protestowałam, bo wredne raczysko, kiedy już Lucjan poczuł się lepiej i zyskał odwagę, i pewność do walki z chorobą, nagle stracił je, z dnia na dzień niemal...

      Nasz Lucjan już chodzi po Pastwiskach Niebieskich lata całe...

      A ten wywód był po to, by przekonać P.T. Czytelników, że z żadną chorobą nie należy się ani oswajać, ani zaprzyjaźniać.

      Moje choróbsko przechodzi kolejne stadia, zapalenie krtani, zapalenie oskrzeli, teraz kolejne zapalenie, i nie daje mi wytchnąć.

      Antybiotyk już skończyłam, ale i tak muszę nadal zażywać środki przeciwzapalne.

      ****

      Dzisiaj w przedszkolu u Antosia o 10.00 akademia dla Babć i Dziadków. Nasz chłopczyk gra główną rolę w przedstawieniu, Miś pojechał sam, albowiem ja nie nadaję się ani do podróży, ani tym bardziej do kontaktowania z dziećmi wrażliwymi, skłonnymi do łapania chorób od innych.


      Zostałam więc w domu, bo wciąż nie wychodzę.

      Przez tych kilkanaście dni, kiedy chorowaliśmy razem, byłam dużo słabsza od Misia, na szczęście Miś z tych, co to upierze, ugotuje, posprząta.

      Kotek, czyli Milaczek za to trzymał się ode mnie z daleka, spał wprawdzie przy mnie, ale w nogach. Jakie to miłe, obudzić się w środku nocy i poczuć cieplutkie futerko na stopach, kotek się przeciąga, łapki prostuje, delikatnie zaczepia pazurkami o stopę i robi się oooooo! Taaaaki długaśny! A jak mruczy!!!

      Myślę, że w końcu Milaczek uznał moje starszeństwo.

      Teraz mogę go brać na ręce, głaskać, szczególnie lubi pieszczotę, której nigdy nie żałowałam żadnemu koteczkowi, mianowicie – drapanie delikatne po bereciku.

      Nasze kochadełko lubi to bardzo, oczywiście niczego nie wolno zbyt przeciągać, każda pieszczotka ma swój określony czas.

      Król Antoś I

      A teraz tak sobie myślę, że nasz Antoś już tam w przedszkolu pewnie przebrany w jakiś fajny kostium, będzie występował z zapałem. On to lubi i ma w tym kierunku zdolności. Mówię Dzieciom, że należy rozwijać talent, ale One mitygują mnie, żebym się tak nie wyrywała do przodu, a spokojnie przyjmowała rozwój naszego Dzieciaczka.

      No pewnie, że od razu Gajosem nie zostanie, ale jeśli lubi śpiewać, recytować, tańczyć, to z pewnością dobrze jest kształtować te umiejętności i zapał. Nie chciałabym, by nasz Wnusio został bokserem na przykład. Wiadomo, babcie zawsze widzą fajną przyszłość dla swoich wnuczątek, ale toż od tego te babcie są.

      Król Antoś I przed przedstawieniem

      Nie każdemu dane było mieć kochającą babcię, nawet, jeśli była...

      Dzisiaj inne babcie, niż wtedy, gdy ja miałam pięć lat, modne, zgrabne, umalowane, wesołe i niektóre wprost śliczne, a małe dzieci lubią ładnych ludzi, więc kochają te swoje piękne babcie.

      Rozpieszczamy wnuczęta, bo taka rola „dziadostwa”. Wczoraj w tvn usłyszałam wypowiedź dziadka, że nie kochał tak bardzo córki, jak kocha wnuczęta, ma parkę słodkich malców, ale dziewczynka jest tak słodziutka, delikatna, że oczywiście bardzo kocha oboje wnucząt, ale ta mała to dziadkowe szaleństwo.

      My mamy naszego Antosia, mądrego, kochanego, grzecznego, aczkolwiek nie jest jakimś tam maminsynkiem, ale naszym Kochanym Kurczaczkiem, i ten mały Smyk, to także nasze szaleństwo.

      Dzwonił w niedzielę z życzeniami dla mnie, a wczoraj dla dziadziusia.

      Zawsze tak pięknie, składnie i zgrabnie wypowiada te życzenia, wiadomo, ma dopiero 4 latka, sam nie wymyślił wszystkiego, ale Mamusia uczy go ładnie wypowiedzieć życzenia i bardzo składnie Antosiowi to wychodzi. Jestem dumna z tego, że mamy takiego wspaniałego Wnusia, którego kochamy całym serduchem, który nas kocha i naprawdę potrafi to okazać.

      Żałuję bardzo, że nie mogłam pojechać dziś na tę uroczystość, niefortunnie wymyślono dzień babci i dziadka w styczniu, my oboje dosyć często w styczniu jesteśmy chorzy.

      I to już parę lat tak biegnie.

      Kiedy cztery lata temu, dostałam skierowanie do sanatorium, miałam stawić się w ośrodku 4 stycznia, a my oboje tego dnia ledwo żyliśmy, bośmy byli od dłuższego czasu, oboje złożeni chorobą,  w końcu jakoś jakoś pojechaliśmy do wskazanej Wysowej, co było zresztą nietrafionym pomysłem, bowiem jest to miejscowość w Polsce, w której rocznie spada najwięcej deszczu, a ten cały styczeń tam, w 2014 roku, był straszliwie mokry i lało tak, że z okien ośrodka nie było widać, stojącego naprzeciw budynku innego sanatorium. Dopiero pojawiał się, kiedy wieczorem zapalano tam światło.

      W każdym razie, od czasu, gdy jestem na rencie, przeważnie styczeń mam stracony z powodu choroby.

      Najgorsze, kiedy czujesz się tak, że ani siedzieć, ani leżeć, ani spać, ani czytać, ani zajrzeć do komputera, ani zrobić coś w domu...

      Na szczęście dużo udało mi się spać, a wiadomo, że sen leczy.

      Teraz tak sobie myślę, że chyba strasznie Was zanudzam, tym gadaniem w kółko o chorobie.

      Ale już tak jakoś jest, że piszę o tym, co mnie uwiera.

      Z niecierpliwością czekam na całkowitą poprawę tak zdrowia, jak i pogody i spędzam czas w domu, z Milaczkiem.

      A z powodu choroby nie mogę nawet zaprosić Antosia na świąteczne popołudnie, bo mały złapie od nas to brzydactwo i byłby klops.

      Stary człowiek, dojrzały, dorosły, kiedy choruje, to już niech tam, ale kiedy taki maleńki dzieciaczek bezradnie cierpi, źle mu, płacze, to bardzo serce się kraje.

      Dlatego pozostaję z nadzieją, że nasz Chłopczyk jest zdrowy teraz, jest i będzie! I że wkrótce na tyle się wygrzebię z mego stanu "podłościowego", że będę mogła spotkać się z Antosiem i Dziećmi.

      No to pa, kochani!

      Quba

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Z chorobą nie wolno się przyjaźnić.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 stycznia 2018 10:45
  • piątek, 12 stycznia 2018
  • środa, 10 stycznia 2018
    • Za mocno

      i zbyt intensywnie dziś ćwiczyłam, spociłam się okrutnie, dobrze, że mogłam po ćwiczeniach przebrać się w suche rzeczy, i kurtkę mam ciepłą, ale wydaje mi się, że coś mi dokucza w gardle, a raczej w krtani.

      no i teraz sobie pstrykam do gardła kropelkami przeciwbólowymi, mam nadzieję, że na tym się skończy.

      Dziś zobaczyłam na FB post o piesku, który zagłodzony, zamarzł na krótkim łańcuchu. Po co tym swołoczom pies? Facet kupił sobie psa na pokoje, a o tamtym kundelku zapomniał.

      Czemu ludzie są tacy niedobrzy, głupi, bezmyślni, bez serca? Smutno bardzo.

      Jedyna pociecha z tego, że Milaczek coraz częściej pozwala się przytulić, pogłaskać.


      Dziś po powrocie z klubu, oglądaliśmy sobie w ciepełku iz dobrą herbatką nasz ulubiony serial "Noce i dnie". Najukochańszy mój serial. Okazuje się, że nie tylko ja go tak lubię.

      Jutro mam wolne, ale w piątek też bym chciała iść na ćwiczenia. A jutro coś tam w domku zrobimy i znowu będziemy odpoczywać. Dostałam od Misia fajną książkę do czytania, więc jutro z Milaczkiem poczytamy sobie, a może i coś mi się nasunie, to napiszę.

      Żal mi tego psiaczka z Człuchowa. Mam nadzieję, że właściciel odpowie za to przed sądem. Wszak pies to nie jest rzecz, to także żywe zwierzątko, które tak samo czuje, rozpacza, kocha, lubi, martwi się, głoduje...

      Dzisiaj  Kaczyński zapowiedział zakończenie miesięcznicowych uroczystości na Krakowskim Przedmieściu. A w grudniu już śląscy policjanci zaprotestowali przeciw tworzeniu ochrony na tej wątpliwej "uroczystości". No i nie pojechali teraz! Obawiano się buntu. I bardzo dobrze, że nie pojechali.

      I tak przeplatam dziś jedne myśli drugimi, a krtań boli. oj, boli!

      Dobrze, że mam kropelki. Idę zaprzyjaźnić się z książką.

      Dobranocka!

      Quba

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      środa, 10 stycznia 2018 22:31
  • wtorek, 09 stycznia 2018
    • A głupiemu radość

      Przyszłam z ćwiczeń dzisiaj, bardzo zadowolona, szykowałam sobie drugie śniadanko i włączyłam tv, a tam hura : zmiany w rządzie. Pomyślałam sobie, no wreszcie. nowy premier wywalił tych, których naród nie chciał już widzieć, a na ich miejsce przyszli nowi ministrowi, zmiana taka, że oni tylko mają inne nazwiska.


      No jasne, przecież już niedługo wybory!

      Sama nabrałam się okrutnie na to zagranie, a to tylko chodzi o to, by pokazać UE, że już grzecznie słuchamy, o, zmieniliśmy nawet tych ministrów, którzy byli be...

      Ale kiedy zupa się przypali, nic nie pomoże mieszanie jej inną, zmienioną łyżką.

      Jednym słowem nic się pewnie nie zmieni.

      A to idę spać. Dobranocka.

      Quba


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 stycznia 2018 22:41
  • poniedziałek, 08 stycznia 2018
    • Pierwszy tydzień Nowego Roczku

      za nami. Cytując ubiegłoroczny wpis : Nowy Roczek ma już tydzień, jeszcze z niego miły (maleńki) dzidziuś.

      A ja jakoś dzięki Bogu i pani doktor, uzbierałam siły w sobie, aby normalnie żyć. Dzisiaj byłam na fikołeczkach pełna energii i jutro też się wybieram, a może i w środę, jak Bozia pozwoli, to i w piątek planuję też zajrzeć do klubu. Cieszy mnie ten klub coraz bardziej, już tak jest, że nawet jeśli się kogoś nie zna osobiście, a widuje się go w klubie, to spotkawszy na mieście, już uważa się za swojaka. I wtedy się witamy radośnie, jak dawno nie widziane przyjaciółki. Oczywiście to jest najfajniejsze,  klub jest po prostu miejscem, w którym spotykamy dziewczyny fajne co najmniej, jak my same. To oczywiście czysta skromność, wiecie, prawda?

      Minęły święta, Nowy Rok, wkrótce jedziemy do Zakopanego, a potem Wielkanoc, a jaki ważny gość przyjedzie! Ciocia Milaczka! na Święta wpadnie. Wprost przepięknie!

      Oglądamy film dokumentalny o tym, jak to w 1974 roku, w Christianii, będącej dzielnicą Kopenhagi, w miejscu opuszczonych koszar, osiedlili się hippisi, licząc na to, że tu będzie ich szczęśliwa kraina, mlekiem i miodem płynąca, w której niczego już nie będzie im nikt kazał. Żyli więc w bardzo prymitywnych warunkach, nie pracowali, nie mieli środków do życia, a tymczasem przychodziły na świat dzieci. Rodzice często nie spełniali obowiązków rodzicielskich, nie tylko nie myli, nie kąpali, nie kołysali, nie leczyli, ale nawet zapominali nakarmić. Te małe dzieci w brudnych koszulinach, z brudnymi pieluchami często przebywały na dworze, bo tam były też inne dzieci. W grupce czuły się bezpieczniej.


      Bywało, że rodzice pili na umór, nie zajmując się własnym potomstwem, które znajdował się czasem nawet w innym domu, w którym ktoś zaskoczony, jednak ugotował kaszkę dla całej grupki, dał łyżki do rączki...

      Ale takie "przygarnięcia" rzadko miały miejsce.

      Czasem błądziły te maluchy, jak porzucone kociaki, z kąta w kąt, zastanawiając się jak zrobić, by dostać jeść.

      Za to aż nadto często, taki bezbronne maluszki wpadały w łapy okrutnych pedofilów. To przerażające, dorośli w tej swojej zdobycznej Christianii pozostali dziećmi, a dzieci szybko musiały dorosnąć, bowiem to one dźwigały ciężar codzienności każdego dnia...

      I kiedy oglądaliśmy to z Misiem, dziękując Bogu jednocześnie, za naszych zdrowych, kochających, odpowiedzialnych Rodziców. Jutro po zajęciach muszę smarować do kolejnej przychodni na jeszcze jedno badanie, aby się dopiero zapisać na termin. A potem do domku, trochę odpocząć i już będzie bardzo dobrze.

      Cieszę się, że mogę dalej pisać, chęci do pisania nie przepadły.

      Tymczasem - dobrej nocki! Buźka!

      Quba

       



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pierwszy tydzień Nowego Roczku”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 stycznia 2018 22:58
  • sobota, 06 stycznia 2018
    • Wczoraj pani

      doktor zmieniła mi leki i od razu inaczej, znacznie lepiej się czuję. Po prostu miałam za mocną dawkę. Dzisiaj słoneczko od rana i w mojej duszy też słoneczko.

      Przyjęliśmy już kolędę. Pewnie nie uda mi się wyjść, bo Ministranci zostawili u nas kurtki, ponieważ gorąco im targać je ze sobą od parteru po 11 piętro. Pamiętamy jednego z nich, z czasów, kiedy był malutki, zawsze mu to mówimy, a chłopiec bardzo się śmieje i robi się śmielszy.

      Ściana frontowa, tuż obok widać skrawek klasztoru.

      A teraz wnętrze kościoła

      To właśnie wnętrze. Nasz kościół jest miejscem, w którym raz do roku bywają władze miasta - w czasie odpustu, czyli dzień Św. Kamila, albowiem to Św. Kamil jest patronem naszego miasta. Nawa główna,wraz z prezbiterium, chórami po obu stronach nawy, jednym słowem - świątynia znajduje się na I piętrze, co może być uciążliwe dla osób niepełnosprawnych, ale my, Dzięki Bogu jeszcze wchodzimy sami.

      Na parterze jest tylko westybul, w którym ustawiono ołtarz, ku czci Matki Boskiej, jest kancelaria i schody na I piętro. Całość robi wrażenie i ma swój klimat. Lubię nasz kościół. Jest bowiem skromny.

      ********************************************

      A wracając do codzienności - Miś, zaraz, mimo święta, wraca do pracy.

      Za to jutro wychodzimy razem i spędzimy miło dzień na spotkaniu.

       W wolnej chwili można odpocząć w takim miejscu mego miasta

      Za to w poniedziałek lecę do klubu, ponieważ już tęsknię za dziewczynami, za trenerkami, za tym fajnym sposobem spełniania treningu.

      W czasie kolędy Milaczek dopominał się pokropienia wodą święconą, poczym uciekł szybciutko, potem podszedł powąchać płonącą świecę. Oj, nosek był w niebezpieczeństwie.

               Nasza parafia ma swój kościół przy klasztorze Ojców Kamilianów. To dobrze. Kamilianie odprawiają każdą mszę, każde nabożeństwo, bez niepotrzebnej polityki. Mam za to do nich wielki szacunek. Jeden jest tylko feler, mianowicie raczej krótko Bracia Kamilianie, spełniają posługę w jednym miejscu. Najczęściej po 2-3 latach odchodzą, a na ich miejsce przybywają nowi. I zawsze okazują nam, wiernym, że ich serce należy do Boga. Nie zajmują się żadnymi biznesami, samochodami, majątkami, są skromnymi sługami bożymi, jakich nam trzeba. Wypadałoby teraz napisać "Amen", prawda?To ok! Amen.

      To las, po którym jeździmy rowerami od wiosny do jesieni.

      A co do pogody to różnie jest, wczoraj wychodziłam ubrana dość lekko, ale nie wiedziałam, że wiatr mocno wieje, więc musiałam mocno wciskać kapelusz, na dodatek zmarzłam, potem, kiedy musiałam wyjść znowu, ubrałam się cieplej, zamiast kapelusza włożyłam czapeczkę, którą mi Marzenka zrobiła, to się zgrzałam, że nie dość, iż po drodze zdejmowałam sweter, to jeszcze zgrzałam się tak, że po powrocie musiałam wywiesić ubranie, żeby wyschło. O! dobry pomysł! Idę pranie... a jutro ?

      Kolejny, nowy dzionek, na pewno słoneczny. Jakby nie było, wiosna cieplutka coraz bliżej!!! I tego się trzymajmy. Do jutra. Ściskam Was.

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wczoraj pani”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      sobota, 06 stycznia 2018 16:29
  • piątek, 05 stycznia 2018
    • Nie udało mi się

      wczoraj nic napisać, ale to dlatego, że trochę słabo się czuję, nasilają się bóle mięśni wokół blizny, także wewnątrz. Trudno się skupić i o czymkolwiek pisać na blogu. 

      Proszę, wybaczcie mi, że wciąż piszę o cierpieniu,  jedna z Czytelniczek nawet mi "nagadała", że chodzę do jakiegoś konowała, bo jej nic nie boli, a operację miała już dawno i że lekarz ma obowiązek leczyć pacjenta. Mój lekarz mnie leczy, na dodatek pomaga zwalczyć ból, ale czasem tak bywa, że ból ostrzej atakuje, wtedy nie mogę nic robić.

      Ucieka mi czas przez palce, no bo w takiej chwili, gdy ból odbiera nadzieję, naprawdę jest bardzo trudno...


      Ale wciąż mam nadzieję, że cały ten ból w końcu ustanie.

      Kochani!

      Nowej nadziei na Nowy Dzień śle Wam

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      piątek, 05 stycznia 2018 00:52
  • wtorek, 02 stycznia 2018
    • Nowy Rok - barani skok!

            

        Już rano widać, że dzień dłuższy. Na barani skok!!! A to znaczy, że wiosna bliżej i z nią słoneczko, kwiatki, motyle, nowe, odrodzone życie.

      Na razie, mimo jesieni i początku zimy, znaczonych ćwiczeniami, dietą, aktywnością jako taką, teraz przedrzemuję większość czasu, w fotelu...

      Leki pomagają uśmierzyć ból, ale też „uśmierzają mnie”... Chcę w piątek wybrać się do mojej pani doktor, by jakoś zapanować nad tym wszystkim.

      Dostaję „kuksańce” od kilku osób, żebym pisała nadal bloga, a, że w mojej głowie wciąż kotłują się różne myśli, postanowiłam postarać się bardziej przyłożyć do mego bloga. Nie wiem co będzie z tym postanowieniem, ale będę się starała częściej być tutaj. Nawet tylko dla jednej osoby (całuję Cię mocno, moja Kochana Jedna Osobo) warto pisać, a tu prztyczki w nos z okrzykiem :”pisz bloga” dostaję z różnych stron.

      Wieczorem w tv zobaczyłam wiadomość, że pies, spory labrador chyba, uciekając, oszalały od huku wystrzałów fajerwerków, zawisł na płocie „zębatym”, ponieważ jeden ogromny szpikulec parkanu, wbił mu się w pachwinę i dalej w ciałko. Natychmiast znalazła się przy nim pani, wzywająca pomocy, straż pożarna, służby weterynaryjne, straż miejska, odmówiły przybycia na miejsce, spodziewając się, że to błahy przypadek i mają wiele ważniejszych spraw. Po ośmiu godzinach przyszła pomoc, wolontariusze sprowadzili weterynarza, chirurga i straż.

      Piesek po zdjęciu z parkanu, został przewieziony do lecznicy.

      Okazało się, że gdyby ten szpikulec wszedł w ciało pieska o centymetr dalej, poprzerywałby mu jelita i piesek zginąłby w krótkim czasie. Dzisiaj z nim już wszystko dobrze. Szkoda tylko, że ten psiak nie ma swojego domu, pana, ani pani i musi zostać w schronisku.

      Przypomniało mi się, kiedy nasz kotek tak spadł i nadział się na jakiś pręt w poprzek brzuszka, ale też w ostatniej chwili Ręka Boska przesunęła ten metal tak, aby Kotka nie uszkodził.

      Trochę mało radośnie zaczynam tegoroczne pisanki blogowe, ale musiałam z Wami podzielić się tym.

      http://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,22849301,pies-wisial-na-plocie-osiem-godzin-kto-zawinil-wyjasni-prokuratura.html

      Wkleiłam linka do tej wiadomości.

      Z jednej strony to straszna wiadomość, ale na szczęście dobrze się skończyła. I to budzi nadzieję! Na cały rok.

      Nie wiem, czy dam 365 wpisów w tym roku, ale o ile tylko będę mogła, postaram się odzywać częściej niż raz na półtora miesiąca.

      Marcysiu, Kasiu, Beatko i Wszystkie miłe osoby, ponaglające mnie do pisania – dziękuję Wam i mocno Was ściskam i gorąco pozdrawiam.

      Życzę Wszystkim Szczęśliwego, Dobrego, Spokojnego Nowego Roku!!!

      Quba

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy Rok - barani skok!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 stycznia 2018 23:26
  • piątek, 22 grudnia 2017
  • niedziela, 17 grudnia 2017
  • poniedziałek, 13 listopada 2017
    • Co jest, Kocie Milaczku?

      Agatka Cudna

      Muszę się do Was, Kochani Przyjaciele, zwrócić o pomoc.
      Jak wiecie, ponad dwa lata temu, a to w sierpniu 2015 roku, przywieźliśmy z urlopu w Wojnowie porzuconego tam rok wcześniej, kota.

      Milaczek pierwsze dni u nas...
      Nam przykro było myśleć o tym, że kot rok przeżył na wsi, bez przysłowiowego kąta.
      Zabraliśmy go do siebie. Bardzo kochamy naszego Milaczka nawet nazwaliśmy go od imienia Milan, co oznacza "Kochany".Od początku bał się nas bardzo i wciąż pokazywał jaki jest groźny. Kiedyś kupiliśmy jakiś sprzęt w kartonie - wziął go sobie  i zamieszkał w nim. Poszarpał boki na tyle, by boczki były ukryte i okryte kartonem, a łebulek i ogonek wystawały. Kochaliśmy kociaczka tym bardziej, wiedząc, że to oznacza jego lęk przed nami. A jednak kotek się często awanturował, przeganiał Agatkę, nas gryzł po rękach. Byliśmy u behawiorysty, ta pani nie była żadnym behawiorystą, a jedynie była posiadaczką kilku kotów i uważała, że to ją upoważnia do ogłaszania się behawiorystą. W końcu jakoś się uspokoił, ale jednak nie był kotem do głaskania. Miś był jego podkładką, kiedy mały się mył lub drzemił, mnie nie wolno było Milaczka dotknąć. W końcu stał się kimś w domu, kto powoduje ostrożne zachowanie domowników. Potem bardzo się rozpanoszył, do tego stopnia, że mieszkałam z Agatką w osobnym pokoju, bez prawa wstępu dla Milaczka.
      Kiedy Agatka odeszła za TM,  zaczął się jakby uspokajać, ale w końcu znów wariuje. Wariuje nie wiem, z braku biegania po drogach, łąkach i lasach, czy rozrywa go energia, czy wściekłość?
      Czy dlatego może go wywieziono daleko od domu i wyrzucono we wsi?
      Ja nie chcę się go pozbywać, ale on strasznie drapie, gryzie i sądzę, że gdyby miał nóż, to dawno by nas zasztyletował.
      Szczególnie nienawidzi mnie, rzuca się kiedy np. widzi, że mam bluzkę z krótkim rękawem - rzuca się na moje gołe ramiona, kiedy widzi, że mam gołe nogi - rzuca się na moje łydki. Robi to zawsze tak, abym nie mogła się obronić i zawsze dotkliwie pogryzie i podrapie.
      Dzisiaj pogryzł mnie w nocy, podczas snu, kiedy spaliśmy głęboko, rzucił się na moją twarz, ugryzł boleśnie do krwi w policzek, mało nie straciłam oka.
      Nie mogę bać się spać we własnym domu, we własnym łóżku.
      Nigdy nie miałam najmniejszego kłopotu z żadnym innym kotkiem, każda kicia i każdy kić, jeśli przychodziły w nocy do mojej twarzy, to po to, by się przytulić, a nie napadać.
      Co mam zrobić, aby Milaczek złagodniał? i przestał napadać? atakować? kaleczyć?  jeśli nie przestanie będę musiała oddać go do schroniska, po pierwsze - wcale tego nie chcę, a po drugie : czy go tam przyjmą?

      Quba


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Co jest, Kocie Milaczku?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 listopada 2017 21:46
  • sobota, 21 października 2017
    • Dlaczego płaczę i wściekam się?

      Dlaczego płaczę...

      Nie mogę przejść gładko do porządku nad biedą i nieszczęściem czy to psią, kocią, ludzką, czy innego stworzenia...

      Ale jestem bezsilna.

      Nie jestem w stanie pomóc wszystkim, moja Siostra mówi, że martwię się za cały świat...

      Coś jak Konrad (oczywiście to odważne porównanie) w III części Dziadów, Mickiewicza : Nazywam się Milijon, bo za miliony kocham i cierpię katusze"

      I tak sobie myślę, jeśli są cywilizowane państwa, w których odpowiedni ludzie potrafią sprawić, że nia ma bezdomnych zwierząt, czy zasługa to odpowiednich służb, które wyłapują, by chronić, czy to wina rakarzy, którzy również wyłapują, ale w całkowicie odmiennym celu...


      Nie śpię, jak widzicie, po nocach, bo znowu babsko przywiązało psiaczka do drzewa, i to tak perfidnie, że maluszek nie mógł nawet główką ruszyć, ale Dzięki Bogu, że przywiązała go niedaleko czyjegoś domostwa i że "tylko" przywiązała, a nie zabiła łopatą, bądź zakopała żywcem...

      Boże, gdzie jesteś?

      Dlaczego człowiek tak spotworniał, że stał się katem własnej matki, że morduje bez mrugnięcia zwierzęta, i jeszcze zabiera na polowania własne, nieletnie dzieci, każąc im strzelać do przepięknych łani, bobrów, czy borsuków...

      Boże, gdzie zaczyna się piekło dla człowieka, czy już tutaj, na Ziemi, kiedy bezradni zastajemy w lesie łańcuch przy dwutygodniowych już zwłokach pieska...

      Czemu stworzyłeś Panie, oprócz Adama i Ewy podły gatunek ludzki, jakim jest bydle, celowo napisałam "bydle", a nie "bydlę", bowiem ten drugi wyraz ma znaczenie melioratywne, a ten ukochany przez Boga, który miał być człowiekiem, okazał się bydlakiem, (nie bydlęciem), zbrodniarzem i kanalią.

      Strasznie pobłądziliśmy, jako gatunek i nie chcę truć, że nie sami zyjemy na świecie, że my, podobnie jak dinozaury, jesteśmy tu tylko chwilę, a potem skończy się era człowieka i nie będzie nas nigdzie. Sądzę, że skoro jesteśmy, jacy jesteśmy, a więc łobuzy od niszczenia planety, to sami zrobimy ten koniec świata i niedługo, może my będziemy czekać, pod daszkiem z liści uschniętych, na butelkę wody. Dostaniemy to dobrze, będziemy mieli co pić, a jeśli nie dostaniemy dzisiaj swojej wody, też nie umrzemy z rozpaczy, bo nasz organizm będzie już do tego przyzwyczajony...

      I ja to wiem, i Wy to wiecie, ale jestem bezradna. Próbuję coś robić, piszę jakieś „isty w sprawie...”, zwracają się do mnie różne organizacje, bym im pomogła, jeśli nie mogę dołożyć im grosza, bądź popracować dla nich w wolontariacie, to proszą, bym przynajmniej opublikowała, rozpowiedziałą, że takie organizacje są i potrzebują wsparcia prawdziwych Ludzi.

      Pomagam w miarę swoich możliwości, ale nie posiadam śodków, aby się podzielić.

      Cóż, wciąż jeszcze dokarmiam bezdomniaczki kocie, a i nieraz przybłąka się pies, gnający dokądś rozpaczliwie za panem, który być może, nawet nie przywiązał do drzewa, ale gdzieś porzucił iuciekł, tchórz jeden podły, samochodem. A pies gna, zstawia już krawawe ślady, bo zdarł sobie doszczętnie łapy i nie wie, biedak, że kiedy dogoni tego łajdaka, swego pana, on w domniemanej przez niego samego, szlachetności, daruje mu już i odległość pięciuset kilometrów, i nawet daruje mu życie, ale wsadzi go do więzenia na dożywocie, zawożąc do pobliskiego schroniska.

      Każdy psiak w schronisku to podobna historia. Czasem zdarzy się, że wlaściciel zwierzaczka, starszy człowiek musi leczyć się w szpitalu, albo nawet umiera. Jeśli to to pierwsze – stara się umieścić swojego przyjaciela u kogoś, albo chociaż w schronisku. Ale rzadko w takim azylu są pieski na przechowanie.

      Natomiast często, kiedy pacjent umiera, a pupil został w domu sam i tylko był przez jakiegoś litościwego człowieka wyprowadzany na krótkie spacerki, bywa po śmierci swego kochanego pana, wypędzany na ulicę.

      Przecież, kto tu dłużej zagląda, pamięta z pewnością Miłka, który sześć lat czekal na osiedlu pod blokiem, po śmierci właściciela. Na szczęście, dzięki Pani Halince i ludziom dobrej woli, udało się znaleźć koteczkowi domek. I to jaki! Full wypas. Willa w ogrodzie, z basenem, a w salonie białe, skórzane fotele do ostrzenia pazurków.

      No cóż, nastał poranek. Już kwadrans po siódmej. A czy pamiętacie? Kiedyś pierwsze kroki poranne kierowało się na klatkę schodową, aby zabrać spod drzwi mleko w butelkach. Jaka to była wygoda!!!

      O 2 w nocy przyjeżdżał transport z mlekiem pod sklep, a wtedy nasza sąsiadka schodziła pod ten sklep, wraz z mężem, kierowcą i konwojentem rozładowywali ciężarówkę, po czym ustawiali transportery na specjalnym wózku i rozwozili takie mleko po osiedlu, niemal do wszystkich drzwi. Butelki dźwięczały, ale nikt nie narzekał.

      Potem były też propozycje, aby można było w ten sposób zamawiać pozostały nabiał i pieczywo, ale to nie wyszło poza plany. Przynajmniej w moim mieście...

      Kochani, idę gotować płatki na śniadanie, lubimy owsiane, dobrze rozklejone, leciutko przyprawione.

      A po śniadaniu może do klubu?

      Dobrego dnia życzę i dobrego weekendu.

      Buźka. :)

      Quba

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego płaczę i wściekam się?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      sobota, 21 października 2017 07:38
  • wtorek, 03 października 2017
    • Jak to ze mną...

       

      Najpierw powinnam Wam powiedzieć, bo przecież po to piszę bloga, od początku, żeby  z Wami rozmawiać. Wczoraj pojechaliśmy do Pilchowic na kontrolę, mój szpitalek kochany, gdzie postawiono mi śmiertelną diagnozę, a potem ratowano chemioterapią, z całych sił ciągnąc za uszy, z tej koszmarnej wrednej choroby. A wczoraj byliśmy tam na kontroli. I chociaż czekaliśmy dwie godziny, żeby doktor nas przyjął, warto było czekać, bowiem doktor po tym, kiedy się prześwietliłam, obejrzał zdjęcie, spytał jak długo się leczę, na moją odpowiedź, że od lutego 2012 roku, odrzekł że teraz już można przyjąć, iż jestem WYLECZONA!!!

      Myślę, że nadal będę na blogu pisywać, ale już, mam nadzieję, że trwoga za mną...

      Nawet nie wiecie, jaki spokój mnie ogarnął i radość jednocześnie. Wreszcie przestanę się bać.

      Sama wiem, że rzadko tu zaglądam, ale poczytałam sobie moje pierwsze wpisy, kiedy borykałam się z dolegliwościami, będącymi skutkiem chemii, było mi tak ciężko, trudno, źle, tragicznie źle fizycznie, boleśnie, a bezradność była towarzyszem mego cierpienia na codzień.

      A Wy wszyscy byliście ze mną. Pisałyście, Dziewczęta takie krótkie komentarze, że rano wstajecie i idziecie sprawdzić, czy coś napisałam na blogu, a ja milczę. Milczałam, bo nie mogłam siedzieć przy komputerze, ani leżeć, ani stać...

      Powiem Wam, że już jest o wiele lepiej. Tylko bóle pozostały. Teraz więcej rzeczy robię poza domem, wychodzę. ale kiedy jest taka ulewa i szaruga. jak dzisiaj - zostaję.

      Dziękuję Wam za troskę i starania, by mnie podnieść na duchu przez wszystkie te lata. Dziękuję. Jesteście bardzo kochani! Dziękuję! Życzę Wam zawsze tylko zdrowia!!!

      Quba

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jak to ze mną...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 16:37
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Zmarł Grzegorz Miecugow

      http://www.fakt.pl/kobieta/plotki/grzegorz-miecugow-nie-zyje-dziennikarz-o-raku-i-smierci/sswrkyh

       

      Odszedł wczoraj Pan Grzegorz Miecugow.

       Miał raka. Raka płuca. Ale to nie był rak złośliwy.

      Co powiedzieć?

      Mam do  Pana Grzegorza ogromny szacunek za mądrość, za profesjonalizm, za sztukę życia, za sztukę prowadzenia rozmowy, za poczucie humoru, za radość życia, którą emanował, chociaż z jego wszystkich wypowiedzi przebijała troska, troska o współczesność, o świat, o nas - ludzi.

      Mam dla Pana Grzegorza ogromny szacunek.

      Wiadomość o Jego śmierci, była jak rażenie piorunem...

      To kolejna śmierć na którą nie zgadzam się.

      Co mogę powiedzieć na to straszne zdarzenie, patrząc przez pryzmat własnego życia i własnej choroby?

      Z tego co wiem, to zachorował jakiś czas po mnie, ale szybko wyzdrowiał, szybko wrócił do pracy.

      Przyglądałam się Panu Grzegorzowi. Podziwiałam, że tak szybko się pozbierał. I dzięki Niemu czułam się bezpiecznie. Widziałam Go często w "Szkle", w "Innym Punkcie Widzenia". Ogromny autorytet,  jednocześnie, oprócz tego, że wybitny filozof, wspaniały dziennikarz, mądry człowiek,  ale ktoś, kto także walczył z chorobą, walczył i wygrał.

      Jego postać w codziennych programach telewizyjnych, była niejako dla mnie gwarancją zdrowia i życia.

      Widziałam Go uśmiechniętego, czy to w rannym programie tzw. "Prasówce", w ciągu dnia różnie, ale co drugi dzień w "Szkle"przez lata. Tego roku wyjechaliśmy na urlop i nie oglądaliśmy tam TVNu24. Ostatnie "Szkło" poprowadził 9 sierpnia i po nim, karetką pojechał do szpitala, w którym walczył do wczoraj...

      Rozsypały się moje myśli dopiero dzisiaj, kiedy przeczytałam Jego wypowiedź o swojej chorobie. To dopiero On, już po śmierci, uświadomił mi, że nie muszę robić rzeczy, które ktoś chce, żebym robiła, a ja nie mam na to ochoty.

      Wobec tego, faktycznie zacznę teraz żyć inaczej. Nie muszę spotykać osób, których nie chcę spotykać, ani myśleć w kategoriach, że coś trzeba. Pamiętam, że kiedy byłam mała, dzieci sobie często powtarzały, że to, co musimy naprawdę, to jedynie korzystać z toalety, a wszystko inne zależy od naszej woli. To było ordynarne, wiem, ale czyż tak nie jest?

      Czy ja muszę spędzać czas wbrew mojej woli, dlatego, że ktoś chce, bym gdzieś przyszła, dokądś poszła, coś zrobiła?

      Książki już nie napiszę, niech ten blog będzie więc moją książką.

      Pan Grzegorz odszedł, więc ja już nie mam żadnej gwarancji, zachorował rok wcześniej, nie miał  złośliwego raka, a jednak dopadł go jakiś, jak sam mówił "pasażer na gapę"...

      Hm... nie wolno z sympatią mówić o raku, ani się z nim zaprzyjaźniać. To jest podły gad, który pożera zdrowego człowieka, wszak śp. Lucjan, też mówił, że ma "kolegę". Zaprotestowałam, żeby nie próbował się z nim zaprzyjaźniać...

      Pan Grzegorz palił 33 lata, ja "tylko" 27, ale za to paliłam strasznie dużo, po 3 paczki dziennie.

      I teraz tak sobie dumam...

      Nie żegnam się z Redaktorem, albowiem, nie przyjmuję do wiadomości, że odszedł, ale w gruncie rzeczy, jego śmierć dotyka mnie osobiście... Przestałam mieć gwarancję, i już wiem, że takich gwarancji po prostu nikt mi nie da. ICH NIE MA.

      Dobrze, że mam niedługo badania kontrolne, najpierw w Pilchowicach, potem w Zakopanem.

      Pozostaje strach... Każdy może sobie myśleć, co chce, strach przecież nie dodaje skrzydeł. Wydaje mi się, że jeśli będę spokojniejsza, to pożyję dłużej, chociaż jakoś za bardzo nie wierzę w to. Ot, zobaczymy jak rozdano te karty... Kiedyś, kiedyś... Nie myślę, że to będzie zaraz. Sami widzicie, nieprawdą jest, że kto przeżył 5 lat od wybuchu choroby, ten jest zdrowy... Ja na pewno w to nie wierzę.

      Beczka prochu rządzi moim życiem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Zmarł Grzegorz Miecugow”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 11:40
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Jesteśmy w Wojnowie

      Pojutrze koniec naszych wakacji. Wracamy do domu.

      Było, jak zawsze, wspaniale.

      Szkoda, że to już.

      Dziś jeszcze pojechaliśmy w las, a potem znów do Starego Kramska.

      Jednak było dość chłodno, a my i tak z uporem dojechaliśmy do sklepu, na pomost w Kramsku,  w czasie powrotnej drogi spotkaliśmy dwa kociaczki.

      Mamy zamiar, jak Bozia da, w przyszłym roku znów przyjechać.

      Las

      W upalnym lesie, odpoczynek. Powietrze zbawienne dla moich płuc.

       

      Jedziemy na grzyby

      Skąpo ich w tym roku.

      Za to w przyszłym rok będzie mnóstwo!!!

      ***

      Już poniedziałek. Teraz jeszcze w Kargowej drobne zakupy i pożegnać się z Panią z księgarni.

      Potem jeszcze wyjazd do lasu, a na koniec dnia - pakujemy się.

      Do zobaczenia w Zabrzu.

      Quba


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      quba
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 11:07

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Liczniki

Opcje Bloxa