Na przekór

Wpis

środa, 14 sierpnia 2013

Przed świętem...

Rano czułam się nienajlepiej. Wręcz przeciwnie. Paskudnie. Na dworze tylko dwadzieścia dwa stopnie, to dla mnie jak wyrok, jak kara, zesłanie na Sybir, ech...

Gdzie podziała się moja żywotność sprzed lat?

Pamiętam z czasów młodości, miałam dwie serdeczne przyjaciółki, siostry bliźniaczki, Halinę i Bożenę.

Bardzo często je odwiedzałam. Mieszkały strasznie daleko ode mnie, ale często, po pracy, po powrocie do domu, gdzie kochana Mamusia serwowała najmłodszej latorośli obiad, po obiedzie, po pogadaniu już z Mamą, Tatusiem, kiedy Gosia była w pracy jeszcze, pędziłam do koleżanek. Na koniec miasta. Teraz miałabym do nich bardzo blisko, ale one już tu nie mieszkają.

Kiedy przychodziłam, często Bożenka mówiła :

-        Oj, tak było ponuro i smutno, a tylko ty przyszłaś, Kubulek, od razu świat jest lepszy!

Przegadałyśmy tysiące godzin, czasem zostawałam u nich na noc, żeby już po ciemku nie wracać taki kawał, sama.

Jakoś się ta nasza przyjaźń rozeszła z czasem, każda z nas poszła swoją drogą, ale nawet dziś, jeśli się przypadkiem spotkamy, gdzieś w mieście, szczerze cieszymy się na swój widok...

Wtedy miałam mnóstwo siły, zapału, chęci do życia, przewędrowałyśmy razem wszystkie góry w Polsce, spędziłyśmy na rajdach, wycieczkach i obozach wędrownych, mnóstwo czasu.

Dziewczyny miały psiaka, nota bene Kubę...

A to dlatego, że zanim mnie poznały, Kubuś już był.

Od nich dostałam też Reksia, kochanego psiaczka!

Poznałam Halinkę w pracy, a potem ona zaprosiła mnie do siebie, więc poznałam jej siostrę. Były dla mnie wspaniałymi, naprawdę szczerze oddanymi, serdecznymi, prawdziwymi przyjaciółkami. Z nimi i mnie świat wydawał się ciekawszy i sympatyczniejszy...

Potem nawet razem żeglowałyśmy po Mazurach, i to bywały cudowne wakacje...

Czasem tylko dwa tygodnie, czasem dziesięć dni, najczęściej we wrześniu, kiedy na Mazurach nie ma już takiego tłoku, jak w czasie wakacji, ale takie to były dni, że dawały nam kopa, na cały rok, i w czasie jesieni, a potem wiosny, wędrowałyśmy właśnie po górach.

Kapitanem był raz Piotr, raz Wacek, raz Marek.

Zwykle zabierali nas, bo potrzebowali i towarzystwa fajnego (nie chwaląc się),  i załogi na pokładzie.

Wynajmowało się z klubu żeglarskiego łajbę, najczęściej beryla, po czym załoga, zwykle pięcio-, sześcioosobowa wypływała z Rynu, opływała w czasie takiego rejsu, całe Mazury, a po dwóch tygodniach, znowu w Rynie, oddawało się jacht następnej załodze. Trzeba było łajbę po sobie doszorować, sprawdzić, czy nie ma jakichś uszkodzeń na burtach, ponaprawiać, co się dało i - żegnaj lato na rok!

Ech, ile to było wspaniałych dni, świetnych przygód, śpiewów, wspólnego gotowania na maszynce, sztormów i flaut! Ciekawe, czy Dziewczyny też to wspominają, tak, jak ja?

Olsztyn, taki piękny, surowy, pełen turystów z plecakami, uśmiechniętych, radosnych...

Czasy, kiedy właśnie w sklepach już nic nie było, po kolejnych miesiącach strajkowania Polaków, ale jakoś się żyło. Każdy gromadził w ciągu roku zapasy, zbierało się konserwy, zupki w proszku, co tam kto zdobył, to zabierał ze sobą, potem, już na łódce, każdy układał, co przywiózł na swojej koi, a więc te wszystkie zupki, kisiele, makarony, konserwy, co tam się znalazło i uzbierało w ciągu roku.

Potem kwatermistrz, wybrany spośród załogi, liczył, ile, co kosztuje.

Składaliśmy się także, aby była wspólna kasa.

Każdy dawał 1000 złotych, to na dzisiejsze pieniądze byłoby jednak 100.

Później odliczało się, za ile złotych, kto dał towaru i następował zwrot kasy. Całkowity kołchoz, no nie? Ale i pełna sprawiedliwość.

Za wspólne pieniądze, kupowało się świeży chleb, warzywa, owoce, nabiał, czasem, jeśli się udało, świeże mięso, napoje.

Zwykle też raz na rejs, organizowało się tak zwaną „pijatykę”, schodziło się na ląd, w miejscu, gdzie wolno było przybić do brzegu i rozbić obóz.

Tam rozpalaliśmy ognisko, jakieś kiełbaski, w ostateczności kartofelki z popiołu, były zagrychą, no i kupowało się pół litra. Słownie: jedną półlitrową flaszkę wódki, czystej z tzw. kłosem.

Po tej „pijatyce”, nocowaliśmy wprawdzie w łódce, ale nie odpływaliśmy nigdzie. Chłopcy, którzy byli kapitanami na łajbie, a jednocześnie, mieli najczęściej patent sternika, zawsze bardzo tego pilnowali, aby już po alkoholu, nawet tej odrobinie, (bo ta butelka wódki była na całą załogę, a więc 6 osób) nie wypływać już nigdzie, nawet na metr.

Inni żeglarze różnie się zachowywali, ale ja miałam wówczas takie towarzystwo, nigdy żaden z załogantów się nie upił, ani nie narozrabiał.

Raz tylko mieliśmy wśród załogi dziewczynę, która była bardzo złośliwa i nie umiała kompletnie gotować, ale pchała się do garów, zwykle każdy posiłek, przygotowany przez nią był obrzydliwy, mimo, że zabroniliśmy jej brać się do kucharzenia i tak potrafiła w ostatniej chwili, przygotowany przez kogoś innego, twarożek z cebulką, doprawić cukrem i cynamonem, bo ona tak lubi. Mogła sobie paprać na talerzu, prawda?

Za karę czasem szorowała pokład.

Innym razem za to, jeden z kolegów, wziął ze sobą, swoją dziewczynę, która na miejsce zbiórki, przed odjazdem, przybyła w wąziutkiej, króciutkiej, amarantowej spódniczce z aksamitu i białej bluzeczce, i szpilkach, zamiast plecaka, miała piękną, elegancką, skórzaną walizkę.

Rano, na pokładzie nie interesowało jej nasze śniadanie, a więc grube pajdy chleba, z konserwą wieprzową i plastrami cebuli, domagała się płatków i jogurtu, a wówczas jogurt nie był specjalnie dostępny, a już na pewno nie w sklepie geesu na wsi...

Nie wytrzymała z nami zbyt długo i przy najbliższej okazji, pojechała sobie, załoga została zubożona o jednego człowieka, mieliśmy więcej pracy, ale było znacznie przyjemniej.

I właśnie w tych rejsach uczestniczyły moje serdeczne przyjaciółki, siostry – bliźniaczki, Halinka i Bożenka.

Byłyśmy młode, piękne, pełne życia, radości tego życia, chętnie zwiedzałyśmy świat, zarówno wędrując piechotą, czy jeżdżąc pociągiem, autobusem, autostopem (zawsze w grupie), czy pływając łodzią.

Ogromne przeżycie, kiedy rano, wcześnie, tuż po wschodzie słońca, wypłynęliśmy na szlak i dotarliśmy na wyspę Gilmę.


To największa wyspa na Jeziorze Dobskim, wtedy cała wyspa, porośnięta łąką, na której kwitły nieznane nam białe kwiaty, ale pokryte były pajęczyną, na której srebrzyła się rosa, a wczesne światło wrześniowego poranka utrzymywało się w kolorach fioletu i liliowych różach, dzięki czemu cała ta wyspa była właśnie taka różowo – liliowa.


Kiedy indziej, na pierwszym w życiu rejsie, gdy zobaczyłam słynną legendę Mazur, brygantynę o nazwie „Biegnąca po falach” przeżyłam niesamowity po prostu zachwyt.

Co ciekawsze, wówczas, gdy zobaczyłam to cudo, załogę stanowiły wyłącznie kobiety. Ale jakie!


Fantastyczne, mocne dziewczyny, sternik miała głos, niczym dzwon i kiedy przepływały obok nas, słychać było, jak wydaje komendy żeglarkom, tym swoim niskim, ale dźwięcznym głosem. Niesamowite!

Do tej pory wspominam tamte dziewczyny, z brygantyny, bo zapamiętałam, a może tylko tak mi się wydaje, ich twarze i sylwetki...

No i takie bywały wakacje, w czasach rozkwitu mojej młodości, kiedy to niby nie było nic, co warte było uwagi, zachodu...

Szlify zdobywałam w Tresnej, na zalewie żywieckim.


Piękne, naprawdę cudowne czasy.

Świat przed nami stał otworem, wydawało nam się, że możemy wszystko zrobić, wszystko zdobyć, wszędzie być, cały Świat należał do nas.

Do Tresnej ze stacji kolejowej, w Zarzeczu, jechałyśmy traktorem, pełnym gliny, stojąc za plecami traktorzysty, w kabinie, to ja i Halinka chyba, a reszta towarzystwa na owej glinie, wraz z plecakami.

Po drodze do ośrodka żeglarskiego stała Cafe Szałas.

Fajna nazwa. W szczerym polu, drewniana na wzór bacówki na hali, cudowna cukiernia, z kawą, ciastem, lodami...

Ileśmy tam forsy zostawili...

Po drugiej stronie drogi restauracja, ot taka gospoda wiejska, ale niedroga i z dobrą kuchnią.

Strasznie dawne czasy, ale wspomnienia niesamowite. Pamiętam z tego szałasu kawę, która smakowała jak żadna inna, może dlatego, że na dworze panował upał, a myśmy szły szosą w tym upale, w kusych spodenkach i skąpych bluzeczkach, tylko na tę kawę, bo w tamtych czasach nie można było ot, tak sobie, iść do sklepu i kupić kawy... Handel zagraniczny zaczął kuleć po 68 roku, po tym, jak z Polski wywalono wszystkich Żydów, a wielu pracowało w handlu zagranicznym i mieli wielką smykałkę do interesów. Jakoś nie pamiętam, by przed 68 rokiem brakowało kawy, była powszechnie dostępna, w wielu rodzajach, w szerokim wyborze, nawet nie bardzo chyb a droga.

No, mniejsza z tym, ale kawa ze śmietanką, w chłodnej cukierni, w naprawdę szczerym polu, zarośniętym burzanem i innym zielskiem, to była całkowita niesamowitość, jeśli można tak powiedzieć.

Przed samym zakrętem, z szosy, do ośrodka żeglarskiego, w równie niesamowicie porośniętym chwastami polu, stał inny „lokal”, o szumnej nazwie Banderoza ( pewnie miała to być Ponderosa) restauracja z falistej, pomarańczowej blachy, stolikami na dworze, nad nimi zwisało coś w rodzaju dachu, z równie falistego plastiku, a blacha stanowiła chyba jedynie ściany kuchni, reszta była „obleczona” w plastik. Tam z kolei chodziło się by zjeść pieczonego kurczaka, dosłownie za grosze, czasem z frytkami, jak kto tam chciał. Pamiętam tez jakąś pyszna sałatkę z marynowanej papryki i czegoś tam jeszcze, nie potrafię określić, z czego, ale smak pamiętam do dzisiaj. Kiedyś pojechałyśmy do Tresnej tylko dwie, ja i jeszcze jedna koleżanka, hm, trochę śmieszne, bo Mirka chodziła najpierw do liceum z Małgosią, a potem pracowała z moją Mamusią, a na koniec pojechała ze mną pod namiot, do owej Tresnej. Tez było gorąco, lato piękne, a myśmy kupowały brzoskwinie w puszce i tym się żywiły, bo w owym miejscu, właśnie wtedy bardzo łatwo było o te puszki, gdy w całym kraju były one wówczas rarytasem i kiedy w kraju kosztował ten rarytas coŚ około 40 złotych, tam jedynie 20. Tośmy się tym żywiły przez cały urlop Mirki...

Dzisiaj się wspomina.

W ubiegłym roku, jechaliśmy z, Ulą, Misiem i Leszkiem aż do Międzybrodzia, tamtą szosą, wypatrywałam śladów dawnej przeszłości, ale nie dostrzegłam ich wcale, cały teren posiekano na parcele i zabudowano chałupkami, domami, willami, budynkami różnej maści, ani śladu szałasu z kawą, blaszanej gospody, restauracji wiejskiej, a może tylko ja nie zdążyłam wypatrzyć tych historycznych dla mnie, cudownych miejsc?

Ale się znowu rozgadałam, ale czasem potrzebne mi to, żeby sobie jakoś urozmaicić życie, to trzeba właśnie wspominać najmilsze chwile, prawda?

Ach, już dzisiaj chyba przestanę gadać, bo potem nie będę mogła zbyt łatwo zasnąć.

Najważniejsze, że jednak to okropne samopoczucie mi przeszło.

Hm... Rok temu 13 sierpnia napisałam pierwszy raz na moim blogu. Szykowałam się wtedy do chemioterapii. Nie wiedziałam ile przez to przyjdzie mi przeżyć, ale sami widzicie, że przetrwaliśmy to wspólnie, to dzięki Waszym komentarzom, o które stale Was proszę.

Kiedy Małgosia chodziła do trzeciej chyba klasy podstawówki, w jej czytance ( ja miałam już zupełnie inny podręcznik do polskiego) – była historia o dzieciach, które gdzieś w trzecim świeci, nie wiem czy to w Afryce było, czy gdzieś w którymś biednym kraju azjatyckim, uczyły się pisać patykiem na piasku, tak była ta historia zatytułowana:” Piszcie, choćby patykiem na piasku”.

Czasem mam chęć do Was tak powiedzieć, prosząc o komentarze do moich wpisów:

„Piszcie, choćby patykiem na piasku”...,

o co zawsze i stale proszę, nigdy mi tych komentarzy za wiele, nawet, jeśli „uprawiacie prywatę”, jak to ładnie napisała Pati. Nie mam za złe, jeśli porozumiewacie się między sobą, bo jeśli ma to Wam w czymś pomóc, to, dlaczego nie?

Kochani Przyjaciele, jutro święto Matki Boskiej Zielnej. Do kościoła zabieramy bukiety z kłosów zboża, owoców takich, które dadzą się wpleść w bukiet, jak winogrona, czarny bez, czerwona jarzębina.

U nas już poczerwieniała, a u Was?

Oczywiście, można iść także bez bukietów..., oczywiście, nie ma przymusu pójścia do kościoła, jakby ktoś nie wiedział !

Życzę wszystkim pięknego świętowania.

To także dzień Wojska Polskiego, ustanowiony przed wojną, w rocznicę Cudu nad Wisłą.

Kochani! Ściskam Was serdecznie i gorąco pozdrawiam!

Quba

 



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
quba
Czas publikacji:
środa, 14 sierpnia 2013 20:42

Polecane wpisy

  • Cześć!

    Cześć! pamięci Pawła Adamowicza. To co się stało w Gdańsku 13 stycznia, w czasie finału i wysyłania światełka do Nieba, jest niewyobrażalnym nieszczęściem i tr

  • Bardzo ciekawa historia...

    Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich: - Jesteś chrześcijaninem synu, prawda? - Tak, panie p

  • Dzisiaj Jezioro Łabędzie

    Misiowi na urodziny  sprawiłam dwa  bilety na cudowny balet Czajkowskiego. Dwa, żeby poszedł z kimś,  z kim zechce. I wyobraźcie sobie, że wybrał

  • Tego dnia w lipcu....

    Długo się wahałam, czy temat poruszyć.... bo może przewrażliwona jestem... bo może nie powinnam... Skonsultowałam jednak zagadnienie z kilkoma osobami. Orzekli,

  • Słynne jachty - Gypsy Moth

    W latach 60. zmieniają się cele żeglarstwa oceanicznego, ale także i oczekiwania publiczności. Nie chodzi już o samo pokonanie oceanu, ale o pokonanie go w najk

Komentarze

Dodaj komentarz

  • 10pati04 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/14 22:14:10:

    Ja jeszcze tutaj nie spotkalam sie z jarzebina. Ciekawe czy Sylwia widziala w swoich stronach?
    Pieknie opisalas swoje mlodziencze urlopowanie:-) Bardzo aktywnie odpoczywalas.Ja nigdy nie bylam na Mazurach:-( Moze kiedys bede miala taka mozliwosc. Mialam nascie lat jak zmienil sie ustrój i jako dziecko nigdy nie odczulam zadnych niedogodnosci. Uciazliwe byly tylko kolejki;-) Tez milo wspominam te czasy: wczasy zakladowe, kolonie, mikolajki...
    Pozdrawiam cieplutko!!!

  • quba napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/14 23:05:38:

    Kochana Pati! Tadeusz Konwicki z wielkim nabożeństwem wspominał II wojnę światową, w swojej powieści "Wschody i zachody księżyca", tłumacząc przy tym, iż były to lata, kiedy był młody, a więc tylko z tego powodu, ogromnie szczęśliwy...
    Moja młodość, którą przeżywałam w znacznie lepszych czasach, aniżeli ten wielki pisarz swoją, jest dla mnie równie wartościowa i piękna, być może dlatego, moje wspomnienia są dla Was, Czytelników i Przyjaciół, ciekawe, bo tak, jak to barwnie zapamiętałam, tak samo barwnie próbuję Wam opowiedzieć...
    A teraz z innej beczki - czy jarzębina w ogóle na Wyspach nie rośnie?
    Uściski!
    quba

  • smudge84 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/14 23:12:34:

    Witam Qubus i znów prywata do Pati :) jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi na to czy u nas jest jarzębina , ale chyba nie ma bo raczej rzuciła by mi się w oczy zawsze wszystko obserwuje. A co do tego święta które jutro jest w Polsce obchodzone to pamiętam z dzieciństwa jak byłam na wakacjach na wsi tam to każdy przygotowywał siebie piękne naturalne bukiety i każdy szedł do kościoła nie to co w mieście ja dopiero na wsi dowiedziałam się że jest takie święto. Pięknie opisałas te wakacyjne wycieczki no i zdjęcia bardzo fajne , super Qubus , dobrego samopoczucia życzę i dobranoc.

  • smudge84 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/14 23:14:57:

    O widzę że Quba też pisze :) i zaciekawila się ta jarzębina tak jak ja, zaraz będę szukać w internecie czy rośnie czy nie bo nie mam pojęcia :)

  • 10pati04 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/15 00:47:18:

    Teraz to mamy zagadke:-))) Szukalam przez Google czegos na temat jarzebiny w UK, ale sa tylko ogólne opisy. Moze wystepuje tutaj? Bede sie baczniej przygladac przyrodzie teraz:-) Jak gdzies wypatrze, to dam Ci znac.
    Dobrej nocy!!!

  • tixi1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/15 08:22:47:

    Wspomnienia z mlodosci sa zawsze najpiekniejsze , nic nie jest straszne a swiat otworem stoi ! Ja jakos nigdy nie bylam na Mazurach ale w mlodosci z paczka przyjaciol zeszlam Beskidy i Tatry wzdluz i wszerz ,spalo sie czasem na podlodze w schronisku , mylismy sie w lodowatej wodzie , wcinalismy konserwy i co tam kto przywiozl (a czasy byly trudne bo tak jak piszesz nic nie bylo w sklepach) ale nic to , bylismy mlodzi ! A teraz o tej jarzebinie , sprawdzilam na internecie (jako osoba po fachu :) i owszem wystepuje w UK , moze nie tak powszechnie jak w Polsce ale jest , najwiecej w zachodniej i polnocnej czesci wyspy , trzeba wiec troche sie rozgladnac :)

  • tixi1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/15 14:27:33:

    Bylam dzis w lesie na przejazdzcze konnej (bo u nas dzis jest wielkie swieto wolne od pracy : Wniebowziecie Matki Boskiej ) i widzialam , jest pelno jarzebiny :)

  • damakier1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/15 18:53:58:

    Skoro wspominasz Biegnącą po falach, to może i Ciemną stronę jasnej dupy pamiętasz? One obydwie na przełomie lat 70./80. po mazurskich jeziorach pływały i chyba najbardziej znane były. Z tym, że Biegnąca... piękna i zwinna była, a ta druga to przysadzista i ciężka dezeta.
    Bo i ja z tamtego czasu mam podobne wspomnienia i na takich samych zasadach, jak Ty przez dwa tygodnie na zmiany po Mazurach pływałam. Tyle, że w mniejszym gronie (z mężem, małą wtedy córką i psem) i na mniejszej łódce (Orion) o pięknej nazwie "Azalia".

  • 10pati04 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/15 22:45:33:

    Pani Grazynko, dziekuje za ta cenna wiedze:-) Bede sie teraz baczniej rozgladac. Ja mieszkam w zaczhodniej czesci wyspy, ale bardziej srodkowej niz pólnocnej.
    Qubuniu, to juz mozesz byc spokojniejsz o jarzebine w Wielkiej Brytanii;-)

  • smudge84 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/16 13:55:48:

    witam , ja znów o tej jarzębinie :) faktycznie jest u nas widziałam dzis na własne oczy ktoś miał w ogródku :) jak tam Qubuś sie czujesz?

  • quba napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/16 18:21:21:

    Jesteście cudowne, wszystkie! Napisałyście tyle fajnych komentarzy!
    Dziękuję!
    Chyba sobie skopiuję i przekleję do worda, po czym będę odpowiadać po kolei :)
    Postaram się dzisiaj wieczorem (w nocy?) coś naskrobać, byście miały co poczytać w weekend...
    Teraz czuję się nieźle, bo jest bardzo cieplutko, ale wczoraj i do południa nieciekawie było !
    Buziaczki!
    quba

  • 10pati04 napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/16 19:51:53:

    Sylwia znalazla jarzebine:-) i nawet fotke zrobila:-))) Mozesz ja zobaczyc na forum w kryjówce.
    Ladnie nam wkrecilas Qubo Droga, temat jarzebiny;-)

  • quba napisał(a) komentarz datowany na 2013/08/16 22:26:29:

    Uściski, Jarzębinowe Dziewczęta!
    quba

Dodaj komentarz

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Liczniki

Opcje Bloxa