Na przekór

Wpis

czwartek, 18 lipca 2013

Dzisiaj pochowano Artura Hajzera

Został tam, gdzie zginął.

Przeczytałam tę wiadomość na Onet.pl rano. A pod nią masę chamskich, szubrawych komentarzy, od wrednych, podłych internautów.

A wśród nich jeden, taki:

„Robił, co chciał, co kochał, na własną odpowiedzialność. Chodził po górach za akceptacją rodziny i ze świadomością ryzyka. To było jego życie i jego rodziny, jego wybór. Innym krzywdy nie wyrządził i nikogo do niczego nie zmuszał. Dajcie mu więc spokój - święty spokój. RIP” i podpis : Polak.

 

Prawda, że wspaniale, mądrze i pięknie napisane.

My, którzy nie chodzimy pod górach wysokich, nie jesteśmy dotknięci taka pasją, nieraz nie potrafimy zrozumieć tego, że himalaiści chodzą tak długo w góry, póki one się nie upomną o tych, którzy tam przybywają, zakłócając im spokój...

Szkoda mi tych fantastycznych ludzi.

Artur Hajzer, ponoć mówił, że chodzi po górach, bo to potrafi robić najlepiej. Zostawił żonę i dwóch synów. Młodszy ma zaledwie 15 lat. Któryś z czytelników artykułu, skomentował tę tragedię w taki sposób, nader trafny i chyba trochę łagodzący ból po tej stracie, mianowicie:

„Chodził po górach, więc nie było go wiele miesięcy w domu, w ciągu roku może tylko troszkę był z rodziną, a teraz został tam, w górach na ... trochę dłużej”.

Tak sobie myślę, że w tym przypadku to też może być przez rodzinę tak odczuwane.

Oni wiedzą, że mąż i tato zginął, że już nie wróci, że go nie będzie z nimi już nigdy, ale trochę mogą odsuwać tę myśl od siebie, przez to, że długie miesiące, nie było go w domu.

Bardzo mi szkoda tych ludzi, ale cóż, wybierają sobie te góry, wolą żyć marzeniami o powrocie tam, w ten mróz, zimne skały, pokryte grubą warstwą lodu, mierzyć się z nimi, jak z rywalem, nie wiem czy z miłością, czy tylko z wolą walki. Jeszcze niedawno myślałam i pisałam, że to bardzo zakompleksieni i nieszczęśliwi ludzie, skoro w ten sposób muszą udowadniać swoją wartość, światu.

Ale dzisiaj już inaczej myślę. Po prostu, niezłomni, twardzi ludzie, idą w te góry, bo nie potrafią już bez nich żyć. Przeczytałam artykuł, napisany już po śmierci Pana Artura, z którego dowiedziałam się, że w pewnym momencie zerwał ze wspinaczką i nie chodził tam, przez piętnaście lat, ale jednak wrócił, nie tak dawno, dwa, trzy lata temu, dokładnie nie pamiętam, bo jak wiecie, wciąż mam „pochemijne” „dziury w pamięci”, a teraz już nie chce mi się sprawdzać, bo jest dosyć późno,  a ja mam jeszcze trochę do powiedzenia, a na końcu, znowu się okaże, że to było o niczym, jak zawsze.

W każdym razie, wrócił stosunkowo niedawno. I góry, jakby wykorzystały ten moment, może podsunęły mu fałszywą podporę pod stopę, albo hak wbił za słabo, odpadł od ściany.

Zginał na miejscu.

Może taką właśnie śmierć, sobie wymarzył i wymodlił?

Zawsze już będę o nim myślała z szacunkiem.

Cześć jego pamięci!

***

 

Wczoraj cały dzień czułam się bardzo źle. Nie mogłam po prostu, nie mogłam żyć. Rano okazało się, że jest wreszcie ciepła woda, wobec czego od razu się wykąpałam, a potem zaczęły się poty i napady straszliwego zimna.

Zawinęłam się więc w taki, najcieplejszy, najmilszy koc, jaki mamy, usiadłam sobie na fotelu, i tak drzemałam. Cały czas dokuczały mi zlewne poty, a potem napady okrutnego zimna, gęsia skórka, dreszcze, po prostu – rozpacz!

Około trzeciej, zajęłam się obiadem, ale na przykład – takie, zwykłe obieranie paru ziemniaków, zajęło mi prawie godzinę. W końcu jakoś ten obiad wymodziłam i dalej tak drzemałam. Napisałam tylko parę słów do Was, żebyście wiedzieli, co i jak, że nie milczę z lenistwa, tylko z powodu bardzo, naprawdę, bardzo złego samopoczucia.

Miś przyszedł z pracki, wziął sobie jedzenie, a ja położyłam się do łóżka i zasnęłam.

Potem, w nocy wstawałam, zdejmowałam kaftanik, który włożyłam na siebie, idąc spać, bo wieczorem było mi za zimno, w nocy już pociłam się i zdejmowałam ten kabacik.

Rano wstałam z wielkim trudem, mimo prawie całej nocy przespanej, miałam bardzo złe sny, o jakimś opuszczonym domu, w którym miałam sama mieszkać, bo nikt ze mną tam nie mógł zostać, o jakichś starych pamiątkach rodzinnych, po wymordowanych, na Wołyniu, krewnych, jakichś dawnych, naszych przodkach.

Wstałam, z jakimś takim złym poczuciem, albo i przeczuciem -  czegoś niedobrego. Nie można się jednak dziwić, bo czytam książkę straszną, a w tv też tylko wiadomości o tym ludobójstwie, albo o rytualnym uboju...

Mój Boże, jakaż to religia nakazuje zadawać zwierzętom aż takie cierpienie? Czy to znowu nie jest błędna interpretacja Koranu?

Rozmawiałam dzisiaj z Kaziem, bratem Misia, na ten temat. Kazio też uważa, że to nie jest na pewno zgodne z żadną religią, zdawać śmierć zwierzęciu w tak okrutny sposób. Przecież to znęcanie. I żadne nakazy jakiejkolwiek religii, na pewno nie są aż tak potworne.

A wyznawcy tych religii, których to dotyczy, mówią, że nasze prawo ustanawia ten zakaz - przeciw nim, wyznawcom ich wiary, czy to judaizmu, czy islamu. Jednak ci ludzie nie muszą, koniecznie mieszkać w naszym kraju, czy ktoś ich tu przywiózł i osiedlił, wbrew nim samym?

Mogą sobie wybrać miejsce na własny dom, w tym kraju, w którym to prawo, dopuszcza rytualny ubój.

Oni mówią, że niedługo mają swoje święto ofiarowania, i muszą złożyć w ofierze zwierzę.

A przecież Bóg jest jeden, jeden dla wszystkich, jeśli ktoś wierzy w Boga, nieważne, moim zdaniem, jak się nazywa. Ale ten Bóg jest dobry, kocha nas, stworzył też zwierzęta, dal nam prawo spożywać ich mięso, ale na pewno nie kazał ich w tak okrutny sposób, zamęczać. To może być wyłącznie sadystyczny wymysł. Nie wierzę w żadne nakazy Boga, aby czynić takie zło.

***

Rano, mimo, że tak podle przeżyłam wczorajszy dzień, a i noc nie lepiej, postanowiłam wziąć się w garść.

Po kąpieli, zjadłam śniadanie, ubrałam się, zażyłam leki, zrobiłam makijaż.

Moje leki przeciwbólowe, mimo, że są przeciwbólowe, nie otępiają, nie ogłupiają, a wręcz, dodają mi siły, jestem po nich jakby pobudzona, wobec czego, słusznie przewidziałam, że po nich, poczuję się po prostu – silniejsza.

Tak się więc stało.

Poszłam więc, w ramach reklamacji, do Asi, poprawić paznokcie, które mi ładnie pomalowała przed urodzinami Krysi. Miały wytrzymać dwa tygodnie, ale nie wytrzymały, trochę popękały. Asia reklamację przyjęła i poprawiła je bardzo ładnie.

Fajna bardzo, miła i śliczna dziewuszka. Lubię bardzo z nią pogadać, bo mimo młodego wieku, jest naprawdę mądrą dziewczynką. Taka młodziutka, ma dopiero 23 lata. Przyznała mi się, że miała niedawno urodziny, a ja ot tak, palnęłam, że ma tylko tyle lat i przyznała, że trafiłam. Złożyłam jej więc życzenia, no i już z poprawionymi paznokciami, poszłam do Pani Krysi. Pogadałam z nią. Od Asi do Krysi, jest raptem pięć metrów może.

Posiedziałyśmy sobie, w międzyczasie przychodziły jakieś klientki, kupowały ciuszki, a myśmy sobie tam gadały, a to z klientkami, a to same.

Przychodziły moje sąsiadki, które znam i różne panie inne, ruch był niezły. Niektóre panie tylko oglądały, inne zamawiały jakieś bluzeczki, które Krysia ma dopiero przywieźć.

No i tak zeszło trochę czasu. Potem poszłam do apteki, po leki, już zamówione od razu w poniedziałek.

Odebrałam leki, zapłaciłam grube pieniądze, po czym spakowałam do torebki i zostawiłam przy wejściu do kauflandu. Tam jest takie biuro reklamacji, z półeczkami. Zostawia się, co tam kto chce zostawić, żeby nie wejść z towarem, kupionym gdzie indziej, a potem być posądzonym, że się to wynosi z marketu.

Dostałam tabliczkę drewnianą z numerem i poszłam na zakupy. Obawiałam się tylko, że zapomnę odebrać te leki. Niestety, tak się stało, opamiętałam się w połowie drogi do domu, ponieważ zaczęłam sprawdzać, gdzie mam klucze, a wówczas poczułam pod palcami ową deseczkę – numerek, do mojej przegródki! Musiałam więc wrócić kawał drogi, ale trudno, ma się trochę sklerozy, trochę stary Niemiec dokucza, a i „stan pochemijny” swoje też robi, prawda?

****

Na stoisku warzywnym były wspaniałe bakłażany, więc wzięłam, aby zrobić je na obiad, wiedziałam, że przyjdzie Kazio, no i trzeba zrobić coś fajnego, a my z Misiem bardzo lubimy takie danie.

Nie robię tego tak zupełnie po arabsku, tylko po swojemu. Przede wszystkim, nie wydrążam tego wnętrza, by je wyrzucić, bo kiedy są młode, to miąższ jest znakomity do jedzenia. Rozkrawam na połowę, albo kroję w centymetrowe plastry, oczywiście, umywszy je najpierw, bo przyrządzam ze skórką, także smaczną.

Takie rozkrojone, obsypuję solą, akurat kupiłam niedawno pyszną, zdrową, grubą sól z Kujaw. Posypałam i zostawiłam. One wówczas puszczają sok i tracą goryczkę. Ten sok należy spłukać. Osobno przyprawiam mięso mielone. Miałam wspaniałe mielone z wieprzowej szynki. Chude. Dodałam podsmażoną cebulkę, jajko, sól, pieprz.

Na bakłażany poukładałam dłonią, całkiem pokaźne porcje mięsa, blachę „piekarnikową”, płaską, kwadratową, wysmarowałam oliwą, na to ułożyłam bakłażany i wstawiłam do gorącego piekarnika na jakieś 20 – 25 minut. Początkowo temperatura była 200 ° C, a potem zmniejszyłam do 150 °.

Na patelni przygotowałam ryż.

Dobrze wypłukany, aby nie było w nim ani odrobiny, tej białej mączki, skrobi po prostu, a woda po kolejnym płukaniu była już czysta, wrzuciłam na patelnię, dolałam sporo wody, trochę przypraw, można dodać na przykład kostkę rosołową, albo tylko sól, pieprz, można dodać kurkumę, będzie pięknie żółty, albo paprykę słodką, dla czerwonego koloru,  no albo można zabarwić szpinakiem, czy szczawiem na zielono.

Ja zrobiłam biały.

Miś z Kaziem przyszli po pracy.

Kazio zastrzegał się, że nie , on jest po obiedzie, on nie będzie jadł, ale jednak, usiadł z nami i dostał na talerz trochę ryżu, jedną porcję bakłażana.

Do tego zrobiłam sos pomidorowy, bo taki najlepiej tu pasował.

W rondelku rozgrzałam trochę masła, na to wrzuciłam pomidory bez skórki, pokrojone w kosteczkę, dodałam trochę soli, pieprzu, odrobinę papryki. Najpierw podsmażyłam to wszystko razem, a kiedy pomidorki puściły dużo soku, gotowałam jeszcze jakiś czas, aby go zredukować, by nie był za rzadki i niesmaczny. Na koniec dodałam trochę słodkiej śmietanki i przypraw. Szczyptę bazylii, oregano, odrobinkę, dosłownie parę kryształków cukru.

I jeszcze zrobiłam mizerię, ogórki w plasterkach, dużo koperku, odrobinę czosnku, ale dosłownie tylko tak ciut, ciut, trochę soli i białego pieprzu, dwie łyżki jogurtu i jedna kwaśnej śmietany.

Bardzo nam to smakowało, ale jednak, połowa dania została – będzie na jutro. Odgrzejemy sobie.

Po obiedzie, wybraliśmy się do kaziowego ogródka.

Pięknie urządzony. Sama altanka fajnie wyposażona.

Widać, że oboje, tak Krysia, jak i Kazio, włożyli w to dużo serca, wysiłku, i pasji.

Nasz domek na ogródku, nawet się nie umywa do tego ich, ślicznego, jak z bajki!

Posiedzieliśmy sobie, Miś sobie czytał, a myśmy przegadali ten cały wieczór. Opowiadaliśmy sobie różne historie o zwierzętach, ja o naszych, Kazio o swoich. Przesympatycznie było.

Postanowiliśmy jednak wracać, bo komary zaczęły przylatywać, całymi zgrajami, z pepeszami na plecach, niektóre miały SS-20, a inne po prostu zwykłe pershingi.

Po drodze do autka, zorientowałam się, że zgubiłam klucze do mieszkania, a miałam na pewno, bo wychodziłam na końcu i zamykałam drzwi.

Zaczęłam, w panice, przerzucać wszystko, rzeczy w torbach, w torebce, po kieszeniach szukałam, Miś po mnie sprawdzał. Kluczy nie było. Zawróciliśmy więc z parkingu, aby sprawdzić w ogrodzie.

Nadchodzili właśnie, inni ogródkowicze i pewnie, widząc, że robimy coś, w zdenerwowaniu, zagadnęli nas, czy nie zgubiliśmy kluczy.

Na nasze, niemal chóralne potwierdzenie, pani zapytała o znaki szczególne, owej zguby.

Mam, przy nich, wieżę Eiffla, którą mi Małgosia przywiozła w tym roku z Paryża,  bo nasza, którą przywieźliśmy sobie sami, już dawno, uległa niejako „samozagładzie”, bowiem mimo, że jest metalowa, to co i raz odpadał jakiś fragmencik. Poprosiliśmy wobec tego Małgosię o takie breloczki i dostaliśmy je. Kochana Siostrzyczka!

Kiedy my byliśmy w Paryżu, kolejka pod wieżą była straszliwie długaśna, ale za to, mimo długości, dosyć krótko w niej staliśmy, a jeszcze pogadaliśmy sobie z Koreańczykami, wesoło było, przyjaźnie, a co rusz, podchodził do nas jakiś, rodowity Algierczyk, za każdym razem inny, jednak tak ciemnoskórych ludzi ja jeszcze wtedy nie widziałam. Oni byli, jak wyrzeźbieni z hebanu, a jeszcze mieli zgrabne ręce, kształtne, umięśnione, byli ładnie zbudowani, młodzi, sympatyczni. Każdy taki chłopiec, miał na przedramieniu zawieszoną metalową obręcz, a ta wypełniona była wkoło, samymi breloczkami „wieżowymi”

Tak mniej więcej, jak z kupowaniem figurki Lenina, w Związku Radzieckim, przez wycieczkowiczów.

Szło się do „uniwiermaga”, to już wtedy były urządzone domy towarowe, miały zwykle po kilka pięter, a jedno piętro sprzedawało wyłącznie figurki Lenina, od najmniejszych, kilkucentymetrowych, po wielkie, naturalnego zdrowia, a pewnie i wielkie całkiem, takie, na pomnik w mieście, też były.

Polscy turyści opowiadali, że z zupełnie poważną miną, szło się do takiego sklepu, mówiło się, że jest się zagranicznym turystą i chce się kupić najładniejszą figurkę Lenina, a wówczas obsługa sklepu dostawała jakiegoś szaleństwa, zamykali cały ów „uniwiermag” po czym szukali, szukali, szukali, a turysta wydziwiał i kręcił nosem. W końcu musiał coś kupić, pewnie gdyby tego nie uczynił, zamknęliby go za  ”kpiny z władzy ludowej”, a kto wie, może i wywieźliby na Sybir?

A we Francji jest podobnie, bowiem tam, pod wieżą, szuka się tak samo, z tym, że już bez kpiny, najpiękniejszego, spośród tych breloczków. Potem za całkiem przyzwoitą opłatą, kupuje się ich, ileś tam, aby każdego obdarować, po powrocie do kraju. Kiedyśmy tam byli z Misiem, sprzedawcy owych pamiątek, byli tam po prostu cały dzień, od wczesnego ranka, po późną noc. Na pewno szli czasem coś zjeść, ale było ich tylu,  że niemożliwe, by ktoś nie mógł sobie kupić, upragnionej wieżyczki, ot takiej właśnie – na brelok do kluczy.

A Małgosia, biedulka, musiała specjalnie szukać tych sprzedawców, ale jej się udało i mam. Dziękuję Ci, Kochana Siostrzyczko!

Kiedy więc pani, która znalazła klucze, spytała, jakie to były, bez zastanowienia odrzekłam, że z ową wieżą i salamandrą.

Salamandrę dostałam od Waldka, kolegi Misia, który, kiedyś nas zaprosił do siebie.

Opowiadał, że skądś sprowadza, czy kupuje wina australijskie, a przy nich są takie gumowe breloczki do kluczy – salamandrowe.

Miałam więc szczególne, znaki rozpoznawcze, dla moich kluczy, które natychmiast podałam, a pani błyskawicznie wyjęła z torebki swojej, moje klucze. I oddała mi. Uffff!

Przy okazji powiedziała, że znalazła je trochę dalej, za wejściem do ogródka, a myśmy stwierdzili, że to dziwne, bo mnie tam wcale nie było.

Podziękowaliśmy pani, Kazio ją uściskał, a ja panią ucałowałam, obiecując zrewanżować się jutro.

Pan, który był w tym towarzystwie, powiedział, że im wcale nie chodzi ot, bym się odwdzięczała, na co odrzekłam, że wiem o tym doskonale, ale z drugiej strony, chcę ich zaprosić jutro, u Kazia w ogródku, na kawę, ciasto i jakieś owoce.

To z pewnością ich nie obrazi, prawda?

No i będziemy mogli sobie troszkę porozmawiać. Ja tak rzadko bywam między ludźmi.

Dzisiaj już postanowiliśmy, że jeśli będzie jutro ładnie, a ja będę się dobrze czuła, to pojedziemy do Kazia ogródka.

Potem, po pracy, przyjedzie do nas Miś. Zjemy wspólnie obiad, posiedzimy, poczytamy, pogadamy, a wracając, wstąpimy do naszego ogródka i nazrywamy tych owoców, które już należy zebrać, wiemy, że są, ponieważ właśnie, wieczorem tam wstąpiliśmy, a może od zrywania zaczniemy dzień? Zobaczymy. Mamy do dyspozycji autobus, ja dostałam legitymację, rok temu,  od MOPR, na który to dokument, mogę jeździć bez biletu, a na dodatek, również za darmo, może ze mną jeździć mój opiekun. Ale sam Kazio, też ma prawo podróżować po województwie, bez biletu, albowiem skończył już odpowiedni wiek.

W końcu wróciliśmy do domu, zrobiłam kolację, potem każde z nas wzięło kąpiel.

Kazio poszedł spać, a Figlaszek natychmiast postanowił mu towarzyszyć.

Pamiętacie, kiedy się na matematyce udowadniało twierdzenie? Na końcu pisało się skrót : c.b.d.o., (co było do okazania) albo c.n.u. ( co należało udowodnić), i jeszcze parę innych skrótów.

W przypadku Figlaszka, śpiącego z każdym, dosłownie, każdym gościem, który zawita w nasze progi, można byłoby napisać, (tylko na czym? Kredą w kominie?) c.b.d. p. (co było do przewidzenia) czy : c.b.p.j.w b. (co było pewne jak w banku).

Figlaszek jest troszkę tak, jak żona Eskimosa. Jeśli bowiem do Eskimosa zawitał gość, mężczyzna, gospodarz, w ramach gościnności, ofiarował mu swoją żonę na noc. Ciekawa jestem, czy gdy gościem była kobieta, ten równie gościnnie, znów jako porządny pan domu, ofiarował jej siebie, w ramach „poczęstunku”?

Figlunio sypia z każdym gościem, bez względu na wiek, płeć, poglądy, upodobnia, rasę, kolor skóry, stan zdrowia, Taki gościnny, „wsztstkichlubny”, a właściwie wszystkich, kto tylko pojawi się w zasięgu kotka wzroku, jest prze kicia natychmiast – pokochany, miłością gorącą i na zawsze!!!

Dodam tylko, że Kazio bardzo się ucieszył, że ten małpek nas znowu zdradził i bez żadnej krępacji – poszedł spać do wujcia.

Teraz i Miś, i Kazio, i Figlaszek śpią, natomiast Agatka łapie ćmy, unicestwia je, po czym zostawia, a ja muszę wyrzucić. A ja, jak widzicie, napisałam 12 stron, znowu o niczym, ale mam nadzieję, że naprawdę lubicie to czytywać.

 

***

A teraz powiem Wam, Kochani Przyjaciele, że rano zadzwoniła TIXI, czyli Grażynka. Przyjadą w piątek, koło szesnastej.

Myślę, że zrobię coś równie smacznego dla tych gości, żebyśmy mogli posiedzieć, pogadać, spokojnie, miło, i nie na głodniaka.

Lubię gości i myślę, że teraz, skoro zrobiło się ciepło, już całkiem poczuję się dobrze i będę mogła coś fajnego przygotować, a to dla mnie fajne zajęcie, jeśli jest OK. i będę czuła się dobrze, to na pewno dam radę.

Życzcie mi tego, proszę!

A ja Wam dzisiaj życzę kolorowych, słodkich snów, a  jutro miłego dzionka!

Uściski!

Quba

 

 

 



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
quba
Czas publikacji:
czwartek, 18 lipca 2013 02:03

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • ewcia1960 napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/18 09:32:34:

    Jaki fajny ten Twoj ostatni wpis!Przeczytalam jednym tchem!Qubus zycze Ci na ten tydzien wyjatkowo duuuuuuuuuuuzo sily,abys mogla przyjac naszych wspolnych Znajomych od TIXI.Ja szykuje sie na wyjazd do Angli,zobacze synow i wnuki.Ciesze sie bardzo.Milego dnia.

  • quba napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/18 09:45:54:

    Bardzo dziękuję,za, jak zawsze, dobre łlowa, Kochana Ewuniu!
    Teraz jedziemy z Kaziem do ogródka.
    Tobie życzę wspaniałych przeżyć z Wnukami.
    Udanej i bezpiecznej podróży. Odpocznij tam, wracaj zdrowa i radosna, może nam po powrocie opowiesz, jak Ci się udał pobyt u Synów.
    Kochani Przyjaciele!
    Czuję się dobrze, piękna pogoda! Ściskam Was serdecznie!
    quba

  • 9marzenka napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/18 21:51:47:

    Kochana Kubusiu, o ile się nie mylę to z ubojem rytualnym jest tak, że takie mięso spożywać Żydom nakazuje Bibliia i ich przepisy religijne. XX wieku większość krajów w Europie zakazało uboju rytualnego, pewnie na złość żydom. W Polsce nie zakazano i czerpaliśmy znaczne korzyści finansowe, bowiem nasze mięso z uboju rytualnego wysyłało się na cały świat. Przeciwnicy-ekolodzy protestowali przeciwko ubojowi i wygrali w końcu. Po drugiej stronie są ludzie, którzy zwracają uwagę na zabijanie zwierząt w sposób konwencjonalny, otóż zabijają ludzie zupełnie nieprzygotowani do tego typu czynności, zwierzęta nie są ogłuszane skutecznie i często na żywca idą do przeróbki na mięso. Na pewno cierpią dotkliwie. W czasie uboju rytualnego zwierzę po prostu zasypia. Myślę, że tak sprawa wygląda, chodzi o czyjąś kasę, nikt tak naprawdę nie myśli o cierpieniu zwierzęcia!!! Piszę wieczorem, w czwartek godzina 21.49 jeszcze jasno. Siedzimy na tarasie w Grzybowie nad naszym pięknym Bałtykiem. Pozdrawiam i całuję Was oboje najgoręcej!!! Pozdrowienia dla czytelników bloga:))))))

  • 9marzenka napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/19 08:19:25:

    Przepraszam, "zjadło" mi część wypowiedzi - w latach 30 XX wieku zlikwidowano ubój rytualny w Europie - być może był to wpływ hitleryzmu. Tak, prawdę mówiąc, to nie jestem pewna. Pozdrawiam serdecznie, miłego spotkania z Tixi i Tixi życzę miłego spotkania z Kubą. Papapa ;)))

  • smudge84 napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/19 23:54:04:

    Ależ ten Twój Figlaszek gościnny : ) kochany jest nie rozpisuje sie bo chce przeczytać kolejny wpis o wizycie gości :) a ten był długi ale fajny jak zawsze :)

Dodaj komentarz

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Liczniki

Opcje Bloxa